Komu kanapeczkę?

Zacznijmy od oczywistej oczywistości:

"Płacimy wszystkie należne podatki i przestrzegamy przepisów podatkowych w każdym kraju, w którym działamy, na całym świecie".

To z oświadczenia Google’a.

I jeszcze:

„Google, podobnie jak inne międzynarodowe firmy, płaci zdecydowaną większość podatku dochodowego od osób prawnych w swoim kraju (Stanach Zjednoczonych), i - w ciągu ostatnich 10 lat – nasza efektywna stawka podatku wynosiła 26% (nominalna stawka dla owego okresu podatkowa to 35%)”.

I wszystko, absolutnie wszystko, byłoby w porządku, gdyby nie drobny szczegół - rozliczenia Google’a z fiskusem, z dochodów zagranicznych (poza Stanami Zjednoczonymi). Oraz patent zwany irlandzko-holenderską kanapką, opisany przez Guardiana.

Reuters ujawnił, że w 2017 roku Google – za pośrednictwem holenderskiej spółki fasadowej Google Netherlands Holdings BV – przerzucił na Bermudy blisko 20 miliardów euro (ok. 23 milionów dolarów). Wszystko zgodnie z prawem, dzięki porozumieniu, które umożliwia spółkom międzynarodowym na zredukowane zagranicznych zobowiązań podatkowych. Takie są przepisy i korporacja z Mountain View, w Kalifornii, jedynie się do nich stosuje. Sumiennie. Od dekady.

Na Bermudach jest zarejestrowany oddział zależnej spółki Google Ireland Holdings, która dba o rozliczenia przychodów z tantiem uzyskanych poza granicami Stanów Zjednoczonych. Najpierw środki pieniężne ze wszystkich krajów – w których działa Google - trafiają do Irlandii. Następnie są transferowane do Holandii (do wspomnianego już wyżej GNH BV). Po czym wracają do irlandzkiego oddziału na Bermudach, gdzie nie są już obłożone podatkiem dochodowym od zysków kapitałowych, gdyż takowego nie pobiera się na rajskich wyspach.

Dzięki opisanemu powyżej mechanizmowi, Google płacił zaledwie 1/4 nominalnej stawki podatkowej ze swoich operacji  poza amerykańskich, obowiązującej na rynkach zagranicznych, którą szacuje się w przedziale od 23 do 26%. Oznacza to, że korporacja - z siedzibą w sercu Doliny Krzemowej - korzysta z efektywnej stopy podatkowej – dla swoich zagranicznych przychodów - na poziomie około 6%.

Gdyby ktoś nie wierzył, że wszystko jest w porządku, to holenderski oddział Google’a oddał fiskusowi dokładnie 25% swojego zysku za rok 2017. Jednak wyniki nie obejmują wewnętrznych transferów pomiędzy spółkami zależnymi i należności za tantiemy. Zresztą zarejestrowana w Amsterdamie firma miała jedynie 13,5 miliona euro zysku.

Póki co opinia publiczna – ciągle jeszcze – oburza się na działanie międzynarodowych korporacji. Powtórzę jednak po raz kolejny. Spółki nie są  jej winne. Korzystają z ułatwień podatkowych, które oferuje gąszcz niespójnych przepisów fiskalnych krajów europejskich i ich terytoriów zależnych.

Ten fakt powoli dociera do polityków, choć wciąż nie mają oni jasnego sposobu rozwiązania podatkowego węzła gordyjskiego. Nie jest nim – w mojej ocenie – pomysł, aby nakładać na korporacje międzynarodowego dodatkowych, kilkuprocentowych obciążeń. Lepiej byłoby uprościć i ujednolicić europejskie przepisy. Chyba, że jedno- czy trzyprocentowy podatek, postulowany przez Niemcy, Francję i Wielką Brytanię, ma być zrębem nowego podejścia do opodatkowania działalności ponadnarodowych koncernów.

Być może legislatorom chodzi o twórcze zastosowanie, w stosunku do korporacji, syndromu gotowanej żaby. Najpierw serwujemy jej lekko ciepłą wodę, a następnie – niespostrzeżenie – podwyższamy temperaturę. I tym samym dzisiejsze, niskie stawki podatkowe są tylko wstępem do szeroko zakrojonej akcji równego obciążenia fiskalnego wszystkich przedsiębiorstw, niezależnie od lokalizacji centrali.

Gorzej gdy któryś z krajów się wyłamie, a cała akcja spali na panewce i europejskim politykom przyjdzie zjeść żabę. Na zimno.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook