W poszukiwaniu pewnego jutra

Początek roku sprzyja snuciu planów na przyszłość. Niektórzy myślą o poprawie kondycji fizycznej, inni o zmianie pracy, a ci bardziej zapobiegliwi kalkulują budżet na wakacje. Instytucje finansowe mają mniej przyziemne plany na przyszłość. Ich analizy mają wyznaczać zakres działania na najbliższy okres, może nawet kilka lat.

Oczywiście, każde podobne gdybanie – szczególnie jeśli oparte na ekstrapolowaniu obecnych trendów – jest obarczone błędem i nie musi się spełnić. Dobrze jednak czasem spojrzeć do czego prowadzi nas zachowanie obecnej dynamiki.

Swoje wróżby przyszłości przedstawił brytyjski bank Standard Chartered. Analitycy, biorąc pod uwagę nominalną wartość PKB (wyrażoną w sile nabywczej), twierdzą że już w 2020 roku Chiny wyprzedzą Stany Zjednoczone. Ale już dekadę później, amerykańska gospodarka będzie musiała uznać wyższość jeszcze jednego kraju, Indii.

Co ciekawe, autorzy raportu sugerują, że w ciągu dekady państwa - uznawane obecnie za rynki wschodzące - będą dominować wśród największych gospodarek świata. Dzisiejsze potęgi ekonomiczne takie jak wspomniane już Stany Zjednoczone, ale też Japonia czy Niemcy, ustąpią miejsca Indonezji, Turcji, Brazylii, Egiptowi czy Rosji.

Oceniając trafność przewidywań analityków ze Standard Chartered można się – rzecz jasna - kłócić o szczegóły. W swojej publikacji przytaczają oni mnóstwo bieżących faktów, które mają świadczyć o wzroście przewagi jednych państw, w stosunku do innych. Jednak według nich na pierwsze miejsce wysuwa się najprostszy czynnik: demografia.

Liczebność rodzimych populacji ma być decydującą okolicznością wzrostu gospodarczego. Nie jest to – trzeba przyznać – odkrywcze, ale z pewnością symptomatyczne. Analitycy brytyjskiego banku zdają się sugerować, że najbliższe lata przebiegną pod znakiem izolacjonizmu i spowolnienia, jeśli nawet nie odwrócenia, globalizacji. Dominujące dziś gospodarki, które zbudowały i utrzymują przewagę dzięki otwarciu na handel globalny, mają stracić na znaczeniu, kosztem szybko rosnących, ale stawiających na siłę rynków wewnętrznych konkurentów.

Standard Chartered ocenia, że starzenie się społeczeństw będzie miało decydujący wpływ na przetasowanie wśród potęg gospodarczych. Rosnące aspiracje młodych populacji będzie wspierać konsumpcjonizm i prowadzić do rozwoju.

Trzeba przyznać, że wróżby brytyjskich bankierów są intrygujące. Pytanie: czy mają szansę na spełnienie?

Obecnie, gospodarki rozwijające się – tak zwane rynki wschodzące – opierają swój rozwój na międzynarodowych inwestycjach. W zasadzie tylko Chiny i Indie starają się wzmocnić własny rynek wewnętrzny by był w stanie generować odpowiednie bodźce rozwojowe, aby podtrzymać dalszy wzrost w erze protekcjonizmu.

Autorzy chwalą państwa aspirujące do pozycji liderów za głębokie reformy rynkowe oraz społeczne, jak choćby rozwój edukacji zawodowej, która ma być kluczowa dla zyskania przewagi w przyszłości. Analitycy doceniają też znaczące wydatki państwowe na infrastrukturę oraz pracę nad zmniejszaniem wewnętrznych nierówności.

Wspomniane powyżej czynniki mogą być rzeczywiście kluczowe, jeśli kraje rozwijające się chciałyby zmienić bieżący obraz świata. Z globalnych fabryk muszą się przekształcić w centra konsumpcyjne, narzucające swoją wizję przyszłości, i swoje mody, reszcie świata.

Wszystko to brzmi dobrze, na papierze wygląda doskonale, a przy zachowaniu obecnych trendów, ma szansę na spełnienie się. Tym niemniej rodzi pytanie: Czy państwa rozwinięte – np. Wielka Brytania, Włochy, Francja czy Kanada, które obecnie okupują pierwszą dziesiątkę największych gospodarek - ustąpią miejsca krajom aspirującym? I dlaczego miałyby to zrobić bez „walki”? Demografia rzeczywiście stoi po stronie Indonezji, Brazylii czy Egiptu, ale czy jest to wystarczający powód dla zniwelowania przewagi technologicznej?

Państwa rozwinięte już teraz generują swój produkt krajowy bez rozwijania nowych miejsc pracy. Ich wysiłki idą nadal w stronę rozwijania procesów kapitałochłonnych, a nie pracochłonnych. Wszystkie te roboty, automaty, maszyny czy algorytmy mają podtrzymać ich globalną hegemonię nawet wówczas, gdy większa część populacji nie będzie miała pracy.

Edukacja zawodowa ma sens, bo daje ludziom nadzieję na znalezienie zatrudnienia, ale w dłużej perspektywie ludzie, a więc też państwa rozwijające się, nie będą w stanie konkurować z maszynami. Nawet niższym kosztem pracy. Setki milionów potencjalnych robotników, którzy mogliby – gdyby dostali zajęcie – przenieść ciężar światowego rozwoju gospodarczego na młode potęgi, mogą nigdy nie uzyskać takiej szansy. Bo ich pracę skradną roboty w krajach rozwiniętych. To jeden ze scenariuszy, którzy jest tak samo prawdopodobny jak dominacja ekonomiczna nowych państw, tylko dla tego, że mają przewagę demograficzną.

Bogactwo narodów nie zależy od pracy, ale od kapitału. A tego akurat krajom rozwijającym się ciągle brakuje i dlatego tak chętnie ścigają się między sobą o każdą prywatną inwestycję zagraniczną. Tyle, że owe zaangażowanie kapitałowe nie wspiera bogacenia się Indonezji, Brazylii czy Egiptu, a jedynie zabezpiecza wyższą stopę zwrotu właścicielom z krajów rozwiniętych.

Czytając ciekawy – choć jednostronny – raport Standard Chartered widzę jedną z, ale nie jedyną, wizję przyszłości. Tym samym jestem spokojny, że brytyjscy bankowcy nie mają kryształowej kuli i nie zajrzeli za horyzont czasu. Przyszłość jest nadal niepewna. Wszystkie scenariusze są nadal możliwe.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook