Zachłanność prowadząca do długu
Jak twierdzi McKinsey, w raporcie z początku 2018 roku, światowy rynek funduszy Private Equity (PE) rośnie w siłę. Dzięki kapitałowi gromadzonemu przez zarządzających od funduszy emerytalnych czy oszczędności bogatszej części społeczeństwa, przejmowana jest kontrola nad kolejnymi spółkami, aby – po poprawieniu ich wyniku finansowego – odsprzedać ją dalej, z zyskiem.
Coraz większe znaczenie zdobywają tak zwane megafundusze, mające pod kontrolą ponad 5 miliardów dolarów – każdy. Ich ogólny udział w rynku PE sięgnął rekordowych 15%.
Oczywiście fundusze inwestycyjne nie inwestują jedynie zgromadzonych środków, byłyby wówczas zbyt powolne i nie mogły reagować adekwatnie do szybko zmieniającej się, płynnej rzeczywistości. Przejęcia pakietów kontrolnych w przedsiębiorstwach odbywa się dzięki lewarowaniu własnego wkładu pożyczonymi pieniędzmi, a więc długiem. Co - w zakresie generowania pieniądza - upodabnia fundusze PE do banków komercyjnych.
Monitorowaniem renomy funduszy PE zajmują się agencje ratingowe. Im wyższa ocena, tym większe szanse na zaciągnięcie kolejnej pożyczki pod inwestycje oraz niższy poziom wymaganych przez wierzycieli odsetek do zapłaty.
W przypadku – dobrze znanej w Polsce – agencji Moody’s, papiery inwestycyjne mają 21 możliwych ocen. 10 z nich, a więc od ratingu Aaa (pierwszorzędne) do Baa3 (ostatnie oznaczane jako dobre) są warte zainteresowania. W tym przedziale osoba powierzająca pieniądze funduszom na dalsze inwestycje ma duże szanse na odzyskanie środków oraz godziwe odsetki. Oceny poniżej granicy Baa3 są już przeznaczone dla papierów spekulacyjnych, a im niżej w klasyfikacji tym bliżej im do śmieci.
Tymczasem raport Moody’s na temat jakości zobowiązań spółek Private Equity powinien postawić włosy na głowie. 90% długu generowanego przez fundusze ma rating B2 - wysoce spekulacyjny. Oznacza to, że inwestowanie w papiery owych spółek może się skończyć stratą oszczędności.
Można byłoby zatem postawić pytanie: dlaczego inwestorzy są w stanie powierzyć swoje pieniądze funduszom, które – z dużym prawdopodobieństwem – ich nie oddadzą?
Oczywiście, dla zysku. Ponadprzeciętnego.
Jak zauważa – na łamach Quartza – Kabir Chibber, bańka na rynku długu osiągnęła już poziom, który znamy z roku 2007. Oznacza, to że sytuacja jest nawet gorsza niż przed Wielką Recesją.
Do rozkręcenia obecnej spirali przyczyniły się banki centralne, które gasiły kryzys 2008 roku, zalewając rynki „tanim” pieniądzem. Pobudzenie zamierających rynków kredytów – nawet międzybankowych - odbywało się poprzez obniżenie stóp procentowych – do zera, a nawet niżej. Złe długi zaś były wykupowane i umarzane, aby nie rozsadziły systemu. Ponieważ oszczędzanie w bankach i na obligacjach państwowych było nagradzane niskim poziomem odsetek, inwestorzy szukają lepszych „okazji”. Niestety, według starej zasady, im wyższe zarobki, tym wyższe ryzyko. Po dwunastu latach wracamy więc poniekąd do punktu wyjścia, a więc realiów sprzed upadku banku inwestycyjnego Lehman Brothers.
Nawet szybki powrót do „normalnych” poziomów stóp procentowych w bankach centralnych, a co za tym idzie w bankach komercyjnych nie uspokoi sytuacji. Setki miliardów dolarów toksycznych aktywów przecież nie wyparuje.
Pogłoski o spodziewanym spadku koniunktury na rynkach kapitałowych słychać już od pół roku. Końcówka 2018-ego była dla inwestorów bardzo niekorzystna. Większość parkietów straciła wypracowane w zeszłym roku zyski. Niestety samospełniające się przepowiednie lubią się sprawdzać, zwłaszcza gdy zbyt duża liczba inwestorów zacznie realizować scenariusze recesyjne. Gdyby bańka złych długów znów pękła mielibyśmy powtórkę z Wielkiej Recesji.
Pozostaje pytanie, czy gdy rynki dopuszczą do kolejnego kryzysu według tego samego schematu co dekadę wcześniej, rządy będą realizowały ten sam plan pomocowy? Tylko bardziej?
Komentarze
Prześlij komentarz