Europa na progu recesji

Dane z gospodarki europejskiej, opublikowane na początku roku, ale odnoszące się do sytuacji z listopada, sugerują, że Wspólnota zmierza w kierunku recesji. Wyniki mówią same za siebie. Miesięczna produkcja przemysłowa Włoch i Hiszpani zanotowały spadek o 1,5%, a Niemiec nawet o 1,9%.

Według komentującej dla Bloomberga, profesor Rosie Colthorpe z Uniwersytetu Oksfordzkiego, Europę dławią skutki wyboru środków oszczędnościowych podczas kryzysu roku 2008. Spowodowały one obcięcie rządowych pieniędzy na podtrzymywanie wydatków stymulujących rozwój.

Rządzący europejskimi krajami w czasie światowego kryzysu finansowego uznali, że nie będą podążać drogą amerykańską. Zamiast aktywnie pobudzać rozwój gospodarczy, wykorzystując budżetowe zaskórniaki, lub zwiększając deficyt, zdecydowano się na politykę równoważenia państwowych finansów.

Oszczędzanie w trudnych czasach jest zaletą. Przegląd wydatków, obcięcie niepotrzebnych pozycji, zmniejszenie kosztów życia, szukanie nowych źródeł zarobkowania pozwala przetrwać trudny okres. Dla rodzinnej równowagi finansowej nie ma innego wyjścia. Nikt – o zdrowych zmysłach - nie będzie pożyczał pieniędzy w niepewnych czasach na podtrzymanie hulaszczego stylu życia.

Co innego państwo. Jego budżet tworzony jest na innych zasadach. Dobrze, żeby odkładał oszczędności w czasach dobrobytu, a wspierał w trakcie kryzysu. Wydaje się, że przewidywanie recesji oraz okresów wzrostów jest trudne, ale przecież po to utrzymujemy instytucje statystyczne obserwujące sytuację gospodarki krajowej oraz otoczenie makroekonomiczne.

Państwo nie działa więc na ślepo, ale pokusa zwiększania wydatków - gdy przychody budżetu rosną -jest silniejsza niż zdroworozsądkowa potrzeba oszczędzania „na gorsze czasy”.

Jednak w czasie kryzysu, gdy firm i gospodarstwa domowe ograniczają swoje wydatki i inwestycje, działanie państwa jest nieodzowne, właśnie po to, aby skrócić okres recesji i wyprowadzić kraj na prostą. Nie mam tu na myśli skupowania nadprodukcji czy drukowanie pieniędzy bez pokrycia. Obywatele powinni mieć nadzieję, że w czasach dekoniunktury budżet będzie wspierał rozwój biznesu, obniżał podatki czy rozbudowywał i uszczelniał sieć pomocy społecznej.

Kraje europejskie – jak wspomniałem już wyżej – uznały, że kryzys jest dobrą okazją do równoważenia budżetu i zrezygnowały z podtrzymania gasnącej gospodarki.

Jak twierdzą analitycy The Institute of International Finance oraz – wymieniona wcześniej – profesor Colthorpe, skutkowało to wolniejszym okresem wychodzenia z kryzysu oraz zmniejszeniem potencjału europejskiej gospodarki. Wyliczyli oni różnicę między rzeczywistym a „potencjalnym” wzrostem PKB – (jak gdyby nie wprowadzono programów oszczędnościowych). Według ich kalkulacji Europa straciła aktywność gospodarczą dorównującą rocznemu produktowi brutto Hiszpanii.

Co ważne, zdaniem profesor Colthorpe, Wspólnota zafundowała sobie trwałe niższe tempo rozwoju ekonomicznego. Jednoczesne zmniejszenie wydatków inwestycyjnych przez przedsiębiorstwa oraz rządy, spowodowało zmniejszenie aktywności zawodowej czy spowolnienie produkcji przemysłowej, w stosunku do reszty świata. Co więcej, jałowy biega na którym porusza się Wspólnota od dekady, może w stopniu istotnym przeszkadzać w powrocie do dawnej dynamiki.  

Oczywiście badanie rzeczywistości po fakcie i roztrząsanie czy kroki podjęte dziesięć lat temu były skuteczne, może nie nieść istotnej wartości. Chyba, że walczymy o lepszą przeszłość. Na obronę Unii Europejskiej trzeba zauważyć, że - po kryzysie 2008 roku - kraje Wspólnoty bały się popaść w spiralę zadłużenia. Na przykład kwota spłacanych odsetek od zaciągniętych pożyczek (obligacji i bonów skarbowych) na rozkręcenie gospodarki, byłaby wyższa niż osiągnięte tempo wzrostu. Oznaczałoby to realizację scenariusza dobrze znanego nam z Grecji. Stąd powściągliwość rządów i kurczowe się trzymanie zakazu przekraczania deficytu budżetowego powyżej 3% PKB.

Z drugiej strony nie wiemy też, czy działania podjęte przez Stany Zjednoczone czy Japonię, rzeczywiście dają sukces w dłuższym terminie. Rozwój gospodarczy oparty na pompowaniu pieniędzy – tak zwana gospodarka na sterydach -  może skończyć się jeszcze bardziej spektakularną klapą. Oba kraje popadną wówczas w dużo większe tarapaty niż europejska stagnacja ekonomiczna.

Tyle, że tego jeszcze nie wiemy, więc nie możemy wychodzić poza przewidywania „co by było, gdyby”. Fakty zaś są takie, że Europa straciła sporo swojego potencjału ekonomicznego, obniżyła aktywność zawodową obywateli, przechodzi okres stagnacji, a od czasu do czasu nawet deflacji, a na dodatek stała się mniej zdolna do obsługi swojego skonsolidowanego i trzymanego pod kontrolą zadłużenia.

Powyższe rozważania można traktować – oczywiście – jak akademicki dyskurs. Problem polega jednak na tym, że po świecie coraz głośniej powtarza się słowa „recesja” oraz „kryzys”. Część ekonomistów jest święcie przekonana, że czarny scenariusz zacznie się realizować już w tym roku. Skoro świat ma znów wpaść w spiralę dekoniunktury, może dobrze byłoby przemyśleć sposoby zapobiegania. Czy w obliczu załamania, Europa powtórzy manewr z oszczędzaniem, czy zdobędzie się na wysiłek aktywnego przeciwdziałania?

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook