W poszukiwaniu kolejnego kryzysu

W styczniu chiński urząd statystyczny opublikował dane na temat stanu gospodarki. Jak zwykle  - bo to już powoli staje się tradycją – liczby nie spełniają oczekiwań zachodnich ekonomistów, za to są rutynowo o 0,1 lepsze niż plany rządowe.

Tak więc rok 2018 został zamknięty wynikiem 6,6% wzrostu PKB, przy czym dane z czwartego kwartału były jeszcze o 0,2 niższe. Tym samym ostatnie dwanaście miesięcy było najgorsze - pod względem tempa rozwoju gospodarczego - od trzydziestu lat. Państwu Środka z pewnością ciąży wojna handlowa ze Stanami Zjednoczonymi. Duży wpływ na lokalną koniunkturę ma też rosnące zadłużenie wewnętrzne.

Oczywiście, utrzymanie tak gigantycznej gospodarki – jak chińska – na niezmienionym poziomie, lub pokuszenie się o wzrosty, jest bardzo trudne, a być może nawet nierealne. Wszak Pekin od lat obniża prognozy. Na rok bieżący założono wynik w przedziale 6 - 6,5%.

Malejąca dynamika rozwoju gospodarczego, która powinna być traktowana jako zjawisko naturalne, niezmiennie zadziwia analityków. Każde kolejne obsunięcie wyników – mimo, że wypełnia zakładane plany – traktowane jest przez rynki jak zapowiedź katastrofy.

Dla większości krajów rozwiniętych osiągnięcie rozwoju PKB na poziomie 6% oznaczałoby euforię. W przypadku Chin zazwyczaj szuka się dziury w całym i dogłębnie analizuje dostępne dane statystyczne, aby uchwycić symptomy zbliżającego się krachu.

W poszukiwaniu sensacji, analitycy zwracają uwagę na malejący udział wydatków konsumpcyjnych w PKB oraz rosnące oszczędności osobiste. A każdy przecież wie, że gdy ludzie odkładają bieżące zakupy w czasie i zwiększają zaskórniaki, to wcześniej czy później gospodarka musi to odczuć. To trochę jak z tymi Indianami, którzy – idąc za radą szamana - co roku zbierali chrust na opał (bo przecież kiedyś muszą przyjść srogie mrozy), tym samym upewniając synoptyków, że nadciąga zima stulecia.

Rzeczywiście, interpretując zachowanie niektórych, wybranych wskaźników rynkowych, można dojść do wniosku, że już tylko tygodnie dzielą nas od nieuchronnej ruiny chińskiej - a co za tym idzie - także światowej gospodarki.

Jak wspomniałem już wyżej, można zaobserwować spadek zakupów konsumpcyjnych klasy średniej. Jednak w tym samym czasie rekordowo rosną wydatki na dobra luksusowe.

Według danych UBS oraz PriceWaterhouseCoopers (PwC) w Chinach przybywa dwóch milionerów tygodniowo. To przekłada się wyniki sprzedaży marek luksusowych. Ich wzrosty wyrażają się liczbami dwucyfrowymi: Hermes – 14%, zaś LVMH (Louis Vuitton, Givenchy, Marc Jacobs) – 20%.

W sytuacji gdy spółki technologiczne – jak Apple – obwiniają Chińczyków za podkopywanie ich rocznych wyników finansowych, a analitycy drżą o wynik negocjacji w wojnie handlowej na linii Pekin – Waszyngton, najzamożniejsi mieszkańcy Państwa Środka myślą już o zakupach kolejnych kolekcji ubrań, torebek, butów oraz zegarków.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook