Luka płacowa: mity i fakty
W Stanach
Zjednoczonych fetuje się wiele świąt i uroczystości, które są nam obce. Ot,
choćby 2ego kwietnia, obchodzono Dzień
Równej Płacy. Od tego dnia – aż do końca roku – kobiety i mężczyźni,
pracujący na podobnych stanowiskach, zarobią taką samą sumę pieniędzy.
Ktoś dociekliwy mógłby się zapytać, a co się działo od Nowego Roku? Cóż, skądś się musi brać ta osławiona
różnica w wynagrodzeniach obu płci. Przez
pierwsze trzy miesiące zarabiali tylko panowie. W sumie to nic dziwnego, panie dostają średnio 81% płacy mężczyzny.
W codziennej pracy
trudno wychwycić różnicę w zarobkach obu płci. Przecież kobiety i mężczyźni
siedzą obok siebie, często biurko w biurko, a pod koniec miesiąca pracodawca
przelewa na ich konta pensje. Skala
dysproporcji wychodzi na jaw dopiero gdy się zagreguje dane za cały rok.
To, że różnice są nie
widoczne na pierwszy rzut oka, od razu generuje podejrzenia, że luka wynagrodzeń
to ściema. W tegorocznych badaniach opinii publicznej w Stanach
Zjednoczonych, aż 38% respondentów uważało, że dysproporcje w zarobkach
kobiet i mężczyzn są zastępczym tematem
politycznym.
Mimo, że fenomen luki
w zarobkach oby płci jest dobrze rozpoznany i opisany, a urząd statystyczny
kolekcjonuje dane na ten temat – i udostępnia raporty - od ponad pół wieku, 46% mężczyzn i 30% kobiet twierdzi, że fakt
nierównego wynagradzania nie istnieje.
Co więcej aż 33% panów uważa, że informacje o nim w mediach
są przesadzone, a 20% respondentów płci
męskiej sugeruje, że to zwykły fake news.
Ciekawe, że blisko połowa ankietowanych sądzi, że nawet jeśli zjawisko,
różnicowania zarobków ze względu na płeć, miało miejsce w przeszłości, to
obecnie już nie występuje.
Rzeczywiście, wiele
spółek pod naciskiem federalnej Komisji Równych Szans Zatrudnienia (Equal Employment
Opportunity Commission) przegląda swoje
listy płac, bojąc się pozwów niezadowolonych pracowników, którzy pracują na
podobnych stanowiskach i warunkach, ale mają różne zarobki. Na przykład okazało się, że w Google’u
kobiety - pracujące na równoległych stanowiskach - zarabiają więcej niż mężczyźni.
Niestety, cała reszta amerykańskich – i nie tylko – spółek
nie jest Google’em i niech nas nie zmyli ten chwalebny przykład. Tym bardziej, że jako listek figowy, tworzy wrażenie, że przecież nie może być z
tymi różnicami aż tak źle.
Krytykujący
roztrząsanie różnic w zarobkach obu płci, lubią powoływać się na oczywiste
przypadki, jak opisany powyżej. Mają też sporo nietrafionych argumentów, którymi próbują ośmieszyć dążenia
do zrównoważenia płac.
Jednym z nich jest próba
deprecjonowania zjawiska, poprzez kwestionowanie uśredniania wartości dla całej
gospodarki. Jak wiadomo, na rynku działają różne organizacje: instytucje
rządowe, urzędy lokalne, fundacje non-profit, rodzinne firemki oraz
międzynarodowe korporacje. Również zatrudnieni w nich pracownicy mają różne:
wykształcenie, wiek czy doświadczenie zawodowe. Stąd już prosty wniosek, że nie
da się w łatwy sposób porównać zarobków, pomiędzy płciami.
Tymczasem analizy
rozpiętości płac dokonuje się na dużo mniejszych agregatach, wskazując że w
pewnych sektorach gospodarki, czy przy określonym wykształceniu lub stanowisku,
różnice w zarobkach są mniejsze lub
większe, ale przeciętnie wynoszą osławione 19%.
Kolejnym argumentem
sugerującym, że zróżnicowanie płciowe zarobków nie istnieje, jest twierdzenie, iż
kobiety masowo wybierają sektory
gospodarki z niższymi wynagrodzeniami, jak edukacja (nauczycielki) czy
usługi medyczne (pielęgniarki).
Faktycznie, w
bardziej sfeminizowanych branżach widać mniejsze dysproporcje w zarobkach.
Znanym faktem jest zmniejszanie się
przeciętnych wynagrodzeń w sektorach gospodarki, wraz ze zwiększaniem się odsetka
zatrudnionych w nich kobiet. Tym niemniej w żaden sposób nie tłumaczy to
dużych różnic – sięgających nawet 50% - w pensjach chirurgów czy kierowników
finansowych.
Moim ulubionym
argumentem za różnicowaniem zarobków obu płci, jest prosta konstatacja, iż kobiety zachodzą w ciążę i wychowują dzieci.
Ma to być proste wytłumaczenie, aby płacić im za wykonywanie tej samej pracy
19% mniej niż mężczyznom. Jest to tak zwana kara za macierzyństwo.
Komentarze
Prześlij komentarz