Nieoczekiwany beneficjent
Gdy Donald Trump rozpoczął niespodziewaną wojnę handlową z Chinami, komentatorzy ekonomiczni zadawali pytanie,
kto na niej bardziej straci: Stany Zjednoczone czy Państwo Środka.
Absurdalność pomysłu - konfrontacji pomiędzy największymi gospodarkami -
spowodowała, że rzadko kto zastanawiał nad
potencjalnym zwycięzcą konfliktu.
Mimo, że myślą
przewodnią wojny handlowej było zmniejszenie amerykańskiego deficytu w
handlu zagranicznym, sytuacja jeszcze
bardziej się pogorszyła. W zeszłym roku nadwyżka importu nad eksportem była rekordowo wysoka i sięgnęła
prawie 900 miliardów dolarów.
Jak twierdzą Matthew Townsend i Eric Martin z Bloomberga, przyczyną pogarszającego się bilansu są:
obniżki podatków, które zamiast
pobudzić rozwój gospodarczy i zachęcić do inwestycji napompowały import
produktów oraz cła odwetowe, podcinające przychody amerykańskich eksporterów.
Po ponad roku, od wprowadzenia pierwszych ceł na chińskie
panele słoneczne, największym
beneficjentem klinczu między Waszyngtonem, a Pekinem wydaje się być Meksyk.
Niby wiadomo, że Meksyk był zawsze naturalnym zapleczem
produkcyjnym dla Stanów Zjednoczonych. Jednak bez konfliktu handlowego Pekinu i
Waszyngtonu, nie było wyraźnego impulsu do zacieśniania stosunków. I to mimo
negatywnego nastawienia administracji federalnej do wymiany z południowym
sąsiadem.
Południowy sąsiad
Stanów Zjednoczonych, który od początku prezydentury Trumpa, jest dyżurnym chłopcem do bicia, między
innymi za domniemaną kradzież
amerykańskich miejsc pracy, przeżywa gospodarcze ożywienie.
Przyroda nie znosi pustki. Skoro Stany Zjednoczone zdecydowały się sekować chińską produkcję, Chińczycy postanowili przenieść się z
fabrykami na kontynent amerykański. Właśnie do Meksyku.
Dziennikarze Bloomberga przyjrzeli się zmianom w statystykach
handlu w trójkącie Chiny – Stany Zjednoczone – Meksyk. Nawet ikoniczna jedwabna przędza, podstawa chińskiego eksportu,
przybywa do Stanów zza Rio Grande. W ciągu dwunastu miesięcy obroty wzrosły
z mizernych 5 000 dolarów do 1,6 miliona. To samo dotyczy między innymi: rud
metali, wyrobów aluminiowych czy nawozów.
Do tej pory Meksyk był kojarzony głównie z eksportu owoców i
warzyw, od których Stany Zjednoczone były po prostu uzależnione. Nagle w przeciągu roku jego atrakcyjność wzrosła
tak bardzo, że już nie tylko chińskie koncerny, ale też mniejsze amerykańskie
spółki planują przenieść swoją produkcję na południe. Dobrym przykładem są
samochody osobowe. Oczywiście, już wcześniej amerykańscy producenci utrzymywali
montownie na południe od Rio Grande, ale wraz z wprowadzeniem taryf na pojazdy
z Chin i Niemiec, import z Meksyku wzrósł o 20%.
Perspektywy dalszego
skokowego bumu gospodarczego Meksyku są – w dużej mierze - uzależnione od trwania konfliktu między
Waszyngtonem a Pekinem. Szybka ugoda mogłaby zmniejszyć zachętę do
przenoszenia produkcji.
Drugim ważnym aspektem jest koszt siły roboczej.
Atrakcyjność Meksyku nie wynika tylko z geograficznego położenia czy konfliktu
handlowego. Nawet chińskim spółkom bardziej opłaca się zatrudniać Meksykanów
niż Chińczyków. Tylko, że dysproporcje płacowe nie będą trwały wiecznie. Czy
chińskie spółki ruszą dalej na południe czy będą się automatyzować pod bokiem
Stanów Zjednoczonych?
Komentarze
Prześlij komentarz