Przypadek Lyfta
Lyft jest w Stanach
Zjednoczonych najpoważniejszym – po Uberze – startupem, którego aplikacja łączączy niezależnych kierowców, z klientami,
chcącymi odbyć samochodową przejażdżkę. Mimo, że cały czas pozostawał w
cieniu swojego największego konkurenta, to on – jako pierwszy – zadebiutował
na nowojorskiej giełdzie. Wycena
spółki - przy cenie 72 dolary za akcję, w ofercie pierwotnej - sięgnęła 24 miliardów dolarów.
Dlaczego warto pochylić się nad przypadkiem Lyfta? Co
najmniej z trzech powodów.
Po pierwsze, to jeden
z największych debiutów giełdowych startupu, oferującego swoje usługi klientom
detalicznym, który nie przynosi zysków.
Po drugie, Lyft
zaoferował akcje niezależnym kierowcom, wbrew obowiązującym standardom.
Korporacje dają szansę nabywania papierów wartościowych jedynie pracownikom. Spółki
przewozowe – Uber, Lyft i inne – od lat
starały się przekonać wszystkich (łącznie z sądami), że kierowcy to zewnętrzni
kontraktorzy.
Po trzecie, skoro Lyft zdecydował się docenić zewnętrznych
kontrahentów, warto przyjrzeć się ich
polityce. Standardy wypracowane
w tym przypadku mogą być wyznacznikiem
dla innych spółek szerokorozumianej gospodarki współdzielenia, które
chciałyby zadebiutować na giełdzie.
Najpierw garść
historii.
Uber i Lyft od
początku powstania, rywalizowali ze sobą, kopiując nawzajem rozwiązania
podpatrzone u drugiej strony. W celu rozruszania działalności, obie spółki
oferowały solidne zachęty dla kierowców, aby ich pozyskać i rozwinąć sieć
przewozów, obejmujących największe amerykańskie miasta. Lecz tylko Uber
zdecydował się na ekspansję międzynarodową.
Potem, gdy okazało
się, że biznes się nie domyka, manipulowały taryfami, aby zarabiać jak
najwięcej na pojedynczych kursach. To doprowadziło do konfliktu z
kierowcami, którzy rzucali pracę w jednym startupie, by związać się z drugim.
Zresztą wkrótce wyszło na jaw, że
kluczem do rozwoju jest pozyskiwanie przewoźników, a nie bezpośrednio
konsumentów. Tak więc obie firmy poszły na zwarcie, podkupując sobie
kierowców.
W szerszej perspektywie wydaje się, że konflikt z kierowcami był wpisany w DNA spółek. Przez lata
amerykańskie sądy były zalewane pozwami
grup kierowców, którzy żądali od Lyfta i Ubera, aby zatrudnić ich jako
pełnoprawnych pracowników. Niestety – mimo zasądzania wielomilionowych kar
– żaden ze startupów nie mógł sobie
pozwolić na podobną ekstrawagancję. Gdyby
spółki zdecydowałyby się na zatrudnienie kierowców, wówczas zostałyby zwykłymi
firmami taksówkowymi. Tymczasem one
są startupami technologicznymi, oderwanymi od materialnej rzeczywistości
(dzięki temu mogą się rozliczać z fiskusem na innych zasadach).
Model biznesowy
Podstawą biznesu była
przecież aplikacja, mająca kojarzyć kierowców z klientami, i za użycie
której Lyft (ale też Uber) pobierają prowizję.
Rewolucyjność rozwiązania – oferowanego przez Lyfta, Ubera i
kolejnych naśladowców - stanowił fakt, że to przewoźnicy sami mieli dbać o swoje pojazdy, ubezpieczanie, godziny
pracy i stan zdrowia. W ten sposób wylansowano pojęcie „sharing economy”
(gospodarka współdzielenia) - udostępniasz swój pojazd i czas, żeby dorobić.
Dzięki przerzuceniu
kosztów na niezależnych kontrahentów, którzy obsługują klientów aplikacji, spółka – właścicielka aplikacji - zarabia pieniądze. Niestety, ponieważ koszty przewozów mają być
konkurencyjne w stosunku do własnego pojazdu, taksówek, a nawet komunikacji
miejskiej, Lyft ma przychody, ale nie
zyski. Jego działalność jest
deficytowa. Chyba, że osiągnie pozycję monopolistyczną (lub od biedy
oligopolistyczną) i będzie mógł dyktować warunki.
Akcje dla kierowców
Wraz z planowanym
wejściem na nowojorską giełdę, Lyft musiał nie tylko uporządkować
wewnętrzne struktury, ale też odkryć
– przed potencjalnymi inwestorami – meandry
własnej strategii biznesowej. Podstawą
działania firmy przewozowej jest posiadane odpowiednio zmotywowanej i lojalnej
grupy kierowców.
Lyft zdecydował się
na nagrodzenie najwierniejszych kierowców bonusami pieniężnymi, za które
mogli oni składać zlecenia na zakup
akcji spółki w ofercie pierwotnej, nie angażując własnych pieniędzy (rzadko
który kontrahent Lyfta jest na tyle bogaty, aby posiadać oszczędności). Plan
zakładał, że przewoźnik, który
przejechał ponad 10 tysięcy kilometrów dostawał jednorazowo 1000 dolarów (mógł
kupić 14 akcji). Po przekroczeniu progu
20 tysięcy kilometrów, premia była 10cio krotnie wyższa i wynosiła 10 000
dolarów.
Lyft nie ujawnił liczby kierowców, którzy otrzymali
pierwszy, ani – tym bardziej – drugi bonus. Fachowcy twierdzą, że otrzymanie 10 000 dolarów nagrody,
wymagałoby ponad 2 letniego jeżdżenia w dużej aglomeracji, po 120 – 150
przejazdów tygodniowo. Jest więc wielce prawdopodobne, że szczęśliwców można by policzyć na palcach
jednej ręki. Szczególnie, że firma poinformowała o zakresach kilometrowych
premii, w taki sposób, że nikt już nie mógł nabić dodatkowego dystansu. Można
sobie tylko wyobrazić wściekłość kierowców, którym brakowało po 50 lub 100
kilometrów do upragnionego limitu.
Zachowanie Lyfta, w sprawie przydziału papierów
wartościowych, jest o tyle ryzykowne, że do
tej pory korporacje kierowały podobne programy do pełnoetatowych pracowników.
Tymczasem – jak już wspominałem powyżej – kierowcy są niezależnymi
kontraktorami. Mógłby to być dobry argument przed sądem, że przewoźnicy są
jednak traktowani jak zatrudnieni. Tym bardziej, że podobny program przeprowadzony w konkurencyjnej spółce – zakończył się
protestem etatowców.
Na dodatek – w odróżnieniu od zwykłych (nielicznych) menedżerów
i właścicieli Lyfta – akcje nabyte przez kierowców nie mają 180cio dniowej
blokady na ich zbywanie. Tak więc kontrahenci mogą nimi swobodnie handlować.
Co po debiucie?
Do obrotu giełdowego
trafiły jedynie zwykłe akcje, za każdą z nich przysługuje jeden głos na walnym zgromadzeniu
akcjonariuszy. Właściciele zachowali dla
siebie papiery, dające im po 20 głosów na jeden walor. To ważny sygnał, że
mimo publicznej oferty, pierwotni
założyciele nie planują oddać sterów spółki.
Pierwszy dzień
Lyfta na giełdzie należy uznać za udany. Cena akcji poszybowała ponad 78
dolarów, dając solidny – ale nie
oszałamiający – zarobek ponad 8,7%.
Oczywiście największymi wygranymi są większościowi inwestorzy. Pięciu z nich po
pierwszym dniu obrotów jest już miliarderami: japoński fundusz Rakuten, General
Motors, Fidelity (odpowiedzialne za program akcji dla kierowców), fundusz Andreessen
Horowitz oraz ... Alphabet.
Ze startu powinni być też zadowoleni założyciele, którzy –
biorąc pod uwagę giełdową wycenę – są multimilionerami. Niestety nie będą oni
mogli zbyć swoich walorów do czasu wygaśnięcia półrocznej blokady.
Sukces spółki mierzy
się – prozaicznie – zyskami przyniesionymi właścicielom. Tym bardziej, że
dzięki debiutowi będą oni mogli, za jakiś czas, uwolnić środki zainwestowane w
przedsięwzięcie, na pierwszych etapach startupu. Jak już wspomniałem, debiut tak dużego i ważnego jednorożca
będzie wyznacznikiem dla kolejnych spółek czekających na swój pierwszy dzień na
parkiecie.
Czy upublicznienie
akcji okaże się sukcesem w szerszej perspektywie?
Zapytajcie wróżki.
Znane są przypadki spółek, których akcje pół roku po
debiucie były warte tylko 60% ceny zakupu. W
końcu giełda to jedynie zaawansowana ruletka.
Komentarze
Prześlij komentarz