Refleksyjne słuchanie muzyki


Na portalu The Conversation pojawiła się ciekawa analiza dokonana przez dwóch pracowników naukowych Uniwersytetu Glasgow, Matta Brennana i Kyle’a Devine’a.

Autorzy prześledzili wartość nabywanej przez słuchaczy muzyki, na amerykańskim rynku, na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Na przykład, cena cylindra fonograficznego – hitu sprzedażowego początku ubiegłego wieku wynosiła blisko 14 dolarów (w dzisiejszych pieniądzach). Album winylowy w szczycie popularności - w roku 1977 - kosztował już 28,5 dolara.

Wraz ze wzrostem zainteresowania taśmami magnetofonowymi, których najwięcej kupiono w 1988 roku, przeciętna cena nagranego albumu spadła do nieco ponad 16,50 dolara. Z kolei gdy zaczęły królować płyty CD – w roku 2000 – za longplay ulubionego zespołu, trzeba było zapłacić niemal 21 dolarów i 60 centów.

Ceny muzyki spadły znacząco wraz z pozbyciem się fizycznych nośników. Płyta pobrana z legalnego źródła w roku 2013 kosztowała już tylko 11 dolarów i 11 centów. Pod koniec analizowanego przez autorów okresu, a więc w roku 2016, już w ogóle nie ma mowy o kupowaniu cyfrowych albumów. Większość serwisów muzycznych udostępnia wszystkie nagrania w ramach abonamentu, którego cena spadła poniżej 10 dolarów.

Przeliczenie wartości utworów muzycznych w zależności od nośnika i urealnienie cen w dzisiejszych pieniądzach jest ciekawe, ale pozostawia pewien niedosyt. Autorzy poszli więc dalej i ustosunkowali koszt muzyki do przeciętnych przychodów. Oczywiście wkraczamy tym samym na niebezpieczne grunty, gdyż średnie zarobki to dość przypadkowa wielkość, szczególnie w kontekście badań populacji, ale daje pewnie wyobrażenie o prawdziwej wartości nabywanej muzyki.

Dzięki porównaniu ceny albumów do tygodniowego wynagrodzenia, dużo wyraźniej widać trend spadkowy wartości nagrywanej muzyki. W szczycie popularności winyli płacono 28,5 dolara za płytę, co stanowiło niemal 5% tygodniówki. Album cyfrowy z roku 2013 to już tylko nieco ponad 1%.

Oczywiście, ktoś dociekliwy mógłby zauważyć, że pomiędzy nabyciem fizycznego nośnika z kompozycją, a uzyskaniem miesięcznego dostępu do możliwości przesłuchania utworu (nawet wielokrotnego) – jest znacząca różnica. Stąd nieunikniony spadek cen, jakie życzą spółki udostępniające muzykę.

Czas na clou programu.

Otóż Brennan i Devine sprawdzili koszt środowiskowy słuchania muzyki.
Intuicyjnie powiemy, że muzyka bez nośnika, powinna zostawiać mniejszy ślad węglowy.

Rzeczywiście, w roku 1977 (świecie winyli) przemysł muzyczny zużywał 58 tysięcy ton tworzyw sztucznych. W samych Stanach Zjednoczonych. Wraz z nastaniem ery CD przetwarzano już 61 tysięcy ton. W czasach beznośnikowych zużycie plastiku spadło do 8 tysięcy ton.

I już moglibyśmy się pokusić o oczywistą konkluzję, że zdematerializowana muzyka jest przyjaźniejsza dla środowiska, gdyby nie kwestia zużycia energii do zasilania zjawiska jakim jest: muzyka online. Cóż, przetwarzanie petabajtów danych, ich magazynowanie i duplikowanie w chmurze ma swój wymierny koszt.

Devine i Brennan przeliczyli zarówno produkcję plastikowych płyt CD czy kaset magnetofonowych, a także przechowywania i przesyłania muzyki cyfrowej na ekwiwalent gazów cieplarnianych.

A skoro tak, to z wyliczeń wynika, że świat winyli generował 140 tysięcy ton gazów cieplarnianych, kasety magnetofonowe136 tysięcy, a płyty CD - 157 tysięcy.

Z kolei szacunki, zaprezentowane w raporcie, sugerują, że w 2016 roku przemysł muzyczny emitował ponad 200 tysięcy ton gazów cieplarnianych. I znów są to dane ograniczone terytorialnie jedynie do Stanów Zjednoczonych.

Okazuje się, że słuchanie utworów za pośrednictwem serwisów muzycznych jest daleko bardziej szkodliwe dla środowiska – zostawia większy ślad węglowy – niż odsłuchiwanie oldskulowych longplayów.

I jeszcze na koniec małe uzupełnienie dla osób, które lubią szukać dziury w całym. Autorzy raportu są w pełni świadomi, że nie da się policzyć i porównać pełnego śladu węglowego pomiędzy różnymi epokami nośników (czy ich braku). W swoich wyliczeniach nie wzięli pod uwagę choćby kosztów: wygenerowanych przez studia nagraniowe, koniecznych do wytworzenia instrumentów, a także urządzeń, na których muzyka była odtwarzana (patefonów, kaseciaków, odtwarzaczy CD czy iPodów).

Być może nigdy nie policzymy dokładnie prawdziwej wartości, emitowanych przez przemysł muzyczny, gazów cieplarnianych. Jedno jest pewne. Nadmierna konsumpcja utworów pobieranych z chmury – poniekąd dzięki coraz niższym cenom i większej dostępności, jest szkodliwa dla środowiska.

Słuchajmy muzyki, ale z refleksją.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook