Spanie w płonącym łóżku
Ludzie to jednak durny gatunek. Niby mamy plany i wiedzę, co powinniśmy zrobić aby ocalić naszą planetę przed zmianami klimatu, ale za cholerę nikt nie chce się wychylić przed
szereg z faktycznymi działaniami. Rządy
poszczególnych państwa zamiast się zająć realizacją uzgodnień
klimatycznych, cały czas poświęcają na
produkcję dupokrytek: dlaczego nie możemy wykonać uzgodnionych celów. Albo
ciągle odsuwają je na dalsze terminy: za 10, góra 15 lat. Tymczasem naszą
sytuację można porównać do tekstu piosenki australijskiego zespołu Midnight Oil:
How can we sleep while our beds are burning? (Jak możemy spać w płonącym
łóżku?).
Nie chodzi mi o tani
populizm i głoszenie haseł: zróbcie coś z tym wreszcie! Niestety nie mam
gotowego do realizacji planu działania, który uratuje naszą planetę dla
następnych pokoleń. Nie jestem fachowcem w tej dziedzinie.
Jednak chciałbym
zwrócić uwagę, i będę to robił za każdym razem gdy natrafię na podobne
informacje, jak łatwo – jako
społeczeństwo - jesteśmy usypiani przez korporacje i rządową administrację, że
wszystko mamy pod kontrolą i - mimo,
że powoli – podążamy w dobrym kierunku.
Dwie amerykańskie organizacje, Ecolab oraz GreenBiz, z których jedna zajmuje się technologiami
wodno-energetycznymi, a druga opracowuje raporty na temat wdrażania przez
korporacje praktyk biznesowych, służących równoważeniu zmian klimatycznych, wspólnie opublikowały bardzo ciekawą
analizę.
Pod lupę wzięto 86 międzynarodowych
koncernów, z których każdy w zeszłym roku osiągnął ponad miliard dolarów przychodów, działających w sektorach: technologicznym, dóbr konsumpcyjnych, opieki zdrowotnej i
hotelarstwie.
Autorzy analizy twierdzą, że aż – ale ja bym napisał: tylko - 60% badanych organizacji zgodziło
się ze stwierdzeniem, że grozi nam
globalny niedobór wody pitnej, co stanowi istotne ryzyko biznesowe. Jak na gałęzie przemysłu, które – w krajach
rozwiniętych – pochłaniają 40%
całkowitego zużycia wody, to powiedziałbym, że słabo to świadczy o
świadomości ekologicznej.
Tym niemniej nawet owe 60%
„oświeconych” korporacji czuje, że coś jest z klimatem nie tak.
Podejrzewam, że to z powodu ciągłego milenia tematu w telewizji i internecie.
Tak więc firmy podskórnie czują, że działania
na rzecz klimatu trzeba wpisać w swoje misje CSR (ang. corporate social
responsibility), czyli w społeczną odpowiedzialność biznesu.
Tylko, że tym razem
już nie chodzi o to, by być „cool”. Żeby
klienci postrzegali nas, że „walczymy” ze zmianami klimatycznymi.
Tu są potrzebne
działania. Ale nie. Korporacje
cały czas nie wychodzą z „dbaniem o
środowisko” poza marketing.
Analiza wykazała, że 75%
koncernów postawiło sobie za cel – mniejsze zużywanie wody. Jednak 44% z ankietowanych organizacji nie ma
nawet planu jak owe cele, związane z oszczędzaniem wody, osiągnąć.
Zwracam więc uwagę, na
następujący schemat.
1) W szeroko rozumianych mediach pojawiają się informacje o zagrożeniu związanym ze zmianami
klimatycznymi. Gdy się włączy telewizję lub internet, albo otworzy gazetę, „eksperci” huczą: trzeba działać proekologicznie. Oszczędzać wodę, zużywać mniej
energii, być „zero waste” lub przynajmniej segregować odpady i pod żadnym
pozorem nie korzystać z plastikowych słomek i sklepowych jednorazówek.
2) Niektórzy ludzie
się tym przejmują. Następuje grupowe wzburzenie. Wszystkie ręce na pokład!
Temat staje się modny. Do walki ze skutkami zmian klimatycznych włączają się
największe korporacje (na przykład tak, jak pisałem powyżej, ogłaszają, że będą
zużywać mniej wody).
3) Ten kto uwierzy,
że jakieś działania są faktycznie czynione,
będzie miał lepsze samopoczucie, że nie jest sam w „walce” o lepsze jutro.
4) Niestety. Prawdziwe
działania rzadko wychodzą poza propagandę (świadczą o tym wyniki przytoczonej
ankiety).
Ten sam schemat
dotyczy innych ważnych wydarzeń związanych z działaniami ekologicznymi.
Przykład z roku 2016.
Naukowcom udało się odkryć bakterie,
które zjadają plastik. Czy to nie wspaniała wiadomość? Czyli, że można
nadal używać jednorazowe talerzyki i sztućce, bo gdzieś tam badacze już walczą
z zalewającą nas plagą tworzyw sztucznych. Bakteriami!
Nie wiem, w jakim
tempie owe mikroorganizmy sobie radzą z konsumpcją bieżącej produkcji plastiku,
ale sądząc po doniesieniach z różnych stron świata, raczej kiepsko lub wcale. Jednak w umysłach ludzi pozostaje myśl, że zagrożenie z powodu nadmiaru
syntetyków nie jest poważne, skoro już się tym zajęto.
Przykład z roku 2018.
Słynna wyspa śmieci na Pacyfiku.
Plastikowy ląd o rozmiarze zbliżonym do
pięciokrotności powierzchni Polski pojawił się w mediach w kwietniu. Wzbudził niedowierzanie – póki go nie
sfilmowano, oraz lęk o faktyczną
przyszłość naszej planety.
We wrześniu media
trąbiły, że do walki z zagrożeniem stanie flotylla statków, zaopatrzonych w
rury ssące, które będą zmniejszać powierzchnię dryfującej wyspy. Więc ludzkość może się czuć bezpiecznie. Naukowcy i przedsiębiorcy znów stanęli na
wysokości zadania. Jeszcze raz udało
się uchronić nasz habitat przed totalną zagładą.
Niestety, i tym razem
nie. Jak donosi Bartłomiej Pograniczny, z magazynu Reo, „odkurzanie”
Pacyfiku zostało wstrzymane. Statki od
miesięcy stoją w portach. Okazuje się, że cześć odessanych śmieci była
gubiona (czytaj: zwracana do morza), a proces
czyszczenia był wolniejszy niż powiększanie się masy i powierzchni pływającego śmietniska.
Tak więc, jeśli
chodzi o: ochronę środowiska, zapobieganie zmianom klimatycznym czy choćby
drobną segregację odpadów, to możemy
spać spokojnie.
Nikt nic nie robi.
Ale to nie znaczy, że my też musimy.
Ale to nie znaczy, że my też musimy.
Komentarze
Prześlij komentarz