Sztuczna inteligencja gra nam na emocjach


Reklama online daje szerokie pole do popisu specjalistom od mieszania nam w głowie. Już przez sam sposób w jaki: przeglądamy internet, poruszamy się od strony do strony czy – nie daj Boże - klikniemy w jakiś banner, uruchamia szereg mechanizmów śledzących, które budują strategię osaczania klienta.

Na szczęście ludzie wymyślili sztuczną inteligencję i nauczanie maszynowe. Zanim oba wynalazki posłużą do zbawienia ludzkości, można je – w ramach testów, zanim się ktokolwiek zorientuje – wykorzystać do bardziej przyziemnych czynności. Na przykład: łowienia konsumentów.

W kwietniu The New York Times (NYT) ogłosił, że od roku ankietował czytelników wydania cyfrowego, aby dowiedzieć się więcej o emocjach wywołanych przez publikacje. W wyniku badania udało się stworzyć listę 30 najpopularniejszych emocji. Ponadto gazeta poinformowała, że 18 emocji, wywołanych przez artykuły, wystawiono na sprzedaż reklamodawcom.

Że co? – zapytacie.

Chodzi o to, że skoro wiadomo, którą reakcję może spowodować dany tekst, to znaczy, że reklamodawca może dostarczyć przekaz reklamowy, który wykorzysta wywołane u czytelnika emocje.

Oto lista 18 emocji, dostarczona przez Kaitlyn Tiffany z Vox’a, których należy się wystrzegać, czytając NYT, aby uniknąć niechcianych zakupów: Znudzenie, Rozbawienie, Pobłażliwość, Optymizm, Zainteresowanie, Śmiałość, Pewność siebie, Natchnienie, Poinformowanie, Konkurencyjność, Szczęście, Nostalgia, Lęk, Nienawiść, Nadzieja, Smutek, Nastrój do wydawania [pewnie pieniędzy], Poczucie miłości.

Jak donosi magazyn AdWeek, wykrywanie emocji – przeprowadzone przez NYT – szczególnie dobrze wypadło w przypadku kobiet. Wykryto na przykład powiązanie: artykuły wywołujące smutek, były zestawiane z markami, które się chwalą, że są odpowiedzialne społecznie”.

Gdy tylko gigant amerykańskiej prasy ujawnił się ze swoimi planami lepszego plasowana przekazu reklamowego, powiązanego z emocjami czytelnika, okazało się, że nie jest jedyny na rynku. Również US Today poinformował, że od lat testuje powiązanie emocji – wywołanych przez publikacje - z reklamami.

Czy powinniśmy się dziwić?

Nasze emocje stają się zatem jeszcze jedną pozycją w metryczce – obok płci, wieku, zasobności portfela -  wypełnianej przez firmy wykupujące i serwujące reklamy. W sumie to ma sens. Nikt nie będzie reklamował odzieży dla 40to latków w magazynie dla nastolatków, czy sportowych samochodów w pisemku dla przedszkolaków. To samo dotyczy emocji.

Reklamodawcy zawsze bali się zestawienia swojego przekazu z artykułem, który może negatywnie wpływać na odbiór marki. Nie do pomyślenia jest przecież, żeby reklama - takiego choćby domu mody - znalazła się w bezpośredniej bliskości z tekstem o nieludzkich warunkach pracy szwaczek w Bangladeszu.

Dzięki posunięciu NYT, w odwiecznym (a przynajmniej od czasu wynalezienia reklamy) pojedynku na przekazy odwołujące się do racji i emocji, wygrywają te drugie. Mogą się one wydawać głupsze czy zbytnio uproszczone, ale są … skuteczniejsze. Tylko, że do tej pory twórcy przekazu musieli się napracować, aby wytworzyć w odbiorcy odpowiednie reakcje. Dzięki gotowemu kontekstowi – podsuniętemu przez autorów artykułów – granie na uczuciach może być łatwiejsze.

Co jest gorsze?
Sprzedawanie naszych emocji reklamodawcom czy uruchamianie odpowiednich reakcji, aby mogły na nich żerować, reklamujące się marki?
Zaiste diabelska alternatywa.

Komentarze