Tnijmy koszty pracy. Do dna…
Jak donosi autorka Quartza, Abdi Latif Dahir, Etiopia ma ambicje, aby stać się światowym
liderem w produkcji tekstyliów. To chwalebny cel, ale środki, którymi postanowiono go osiągnąć budzą wątpliwości.
Przede wszystkim etiopski
rząd zainicjował szereg reform, mających na celu zwiększenie wzrostu
gospodarczego kraju, poprawę konkurencyjności oraz stworzenie nowych miejsc
pracy. To ważny impuls dla kojarzącego się z biedą, zaludnionego przez
ponad 100 milionów mieszkańców
państwa.
Koncepcja, aby wybić
się dzięki sektorowi modowemu, nie jest oryginalna. Tak samo zaczynały Chiny, Wietnam czy Bangladesz. Już
teraz Róg Afryki nazywa się „nowymi Chinami”. Sąsiedzi Etiopii, Kenia oraz Rwanda wpadły wcześniej na podobny pomysł,
zakazując równocześnie importowania używanej odzieży z Zachodu, aby nie
podcinać skrzydeł młodej branży.
Jak konkurować na
rynku, który wydaje się być nasycony do granic? Odpowiedź jest jedna i
oczywista. Kosztami.
Bez oglądania się na
znane konsekwencje i przypadki Chin, Bangladeszu czy Kambodży, kraje Rogu Afryki podążają tą samą drogą.
Niskie koszty pracy mają przyciągnąć globalnych inwestorów.
Pytanie: Jak nisko
można zejść?
Z badania, przeprowadzonego przez działający przy
Nowojorskim Uniwersytecie Stern Center for Business and Human Rights (SCBHR), wynika,
że przeciętna miesięczna płaca szyjących
ubrania w Chinach czy Turcji sięga 330 dolarów.
Wspomniana wyżej Kenia
oferuje 207 dolarów. To kusząca propozycja, ale powiedzmy sobie szczerze są
kraje gotowe sprzedawać pracę swoich obywateli taniej. Miesiąc pracy szwaczy z Bangladeszu czy Myanmaru (dawna Birma) kosztuje
mniej niż 100 dolarów.
Etiopia, która oferuje inwestorom niskie koszty
zakładania i przenoszenia fabryk odzieżowych, a także obfitość pracowników o
niskich kwalifikacjach, ustawiła poprzeczkę płac na niewiarygodnym poziomie, 26 dolarów za miesiąc.
Władze kraju liczą, nie bez podstaw, że największe korporacje odzieżowe zlecą się do Etiopii, jak
przysłowiowe pszczoły do miodu. Będąca w powijakach branża, która eksportuje
obecnie towary za 145 milionów dolarów rocznie, ma wkrótce wzrosnąć do 30
miliardów dolarów.
W parku przemysłowym Hawassa, pracuje ponad 25 000
osób, szyjąc dla tak znanych marek jak H&M,
Tommy Hilfiger, Calvin Klein, Levi’s czy Guess. Przy swoich skromnych
zarobkach, są w stanie zaspokoić tylko najbardziej pilne potrzeby. Skromne
oszczędności wysyłają rodzinie.
Czy to nie jest
scenariusz, który znamy aż nazbyt dobrze?
Rządowe inicjatywy,
mające pobudzić wzrost gospodarczy, nie przełożyły się na dobrobyt pracowników.
Roczna rotacja siły roboczej w fabrykach odzieżowych wynosi 100%. W ponad 100
milionowym kraju to nie problem. Na miejsce odchodzących czeka kolejka
chętnych. To nic, że z powodu wymiany pracowników, efektywność produkcji jest niska.
Liczą się niskie koszty.
Wypatrujcie na metkach waszych ubrań napisu „Made in
Ethiopia”.
Komentarze
Prześlij komentarz