W obronie liberalnej demokracji
Ludzie nie są tylko
konsumentami, nie zawsze zachowują się racjonalnie i nie zawsze maksymalizują
swoje korzyści. Taką myśl przedstawiła Isabel
V. Sawhill, redaktorka szacownego The
Brookings Institution.
Zwolennicy liberalnej
demokracji – jak świat długi i szeroki – nie potrafią zrozumieć skąd się bierze popularność populistycznych
polityków. W świecie, w którym historia skończyła się jeszcze w ubiegłym
wieku, racjonalnie myślący ludzie nie mogą przecież popierać ściemy, głoszonej
przez demagogów. Mamy najlepszą z
możliwych rzeczywistości, każdy kto pracuje sumiennie zostaje wynagrodzony,
prawo gwarantuje nasze swobody, a wzrost gospodarczy to pewnik. Skoro tak,
to dlaczego do głosu doszli: Modi (Indie), Orban (Węgry), Erdogan (Turcja),
Kaczyński (Polska) czy Trump (Stany Zjednoczone)?
Polska opozycja już się pogodziła z faktem, że 500+ jest nieodzownym elementem naszej
rzeczywistości. Nie da się sięgnąć po władzę, strasząc obywateli likwidacją
programu. Po latach przekonywania społeczeństwa, że nie stać nas jakiekolwiek
szerokie wsparcie z budżetu - zapanował konsensus. Niektórzy politycy przekonują nawet, że można wydać
więcej. Nie wiadomo tylko, czy chcieliby wprowadzić quasi dochód podstawowy, czy
licytują się na obietnice wyborcze.
Po latach ściskania
wydatków budżetowych zaczyna nas stać prawie na wszystko. Na przykład
amerykańscy Demokraci chcą opieki zdrowotnej dla wszystkich, darmowych
college’ów, a nawet … gwarantowanych miejsc pracy.
Czy władza jakimś
cudem znalazła zapomniane zaskórniaki czy może po cichu drukuje miliardy
dolarów (i złotówek), aby zaspokoić wymagania wyborców? (Na marginesie: to
ciekawe, że administracja łatwo znajdowała dodatkowe pieniądze, gdy zgłosili
się po nie upadający bankierzy).
Być może daleko idące
wsparcie społeczeństwa w dążeniu do dobrobytu, doprowadzi – jak straszą
niektóry - do cywilizacyjnego krachu. Trzeba sobie jednak wyraźnie
powiedzieć, że podobne pogróżki nie mają
wiele wspólnego z rzeczywistością. Są
jedynie wierzeniami oponentów co do: kształtu świata, gospodarki czy kondycji i
potrzeb ludzi.
Dominujący – wciąż jeszcze – paradygmat neoliberalny każe nam wierzyć w efektywność rynków. A co
więcej – w ich moc organizowania
społeczeństwa, dzięki optymalnemu wykorzystaniu zasobów. Mimo licznych przykładów obalających
powyższe tezy, niemal bezgranicznie
ufamy, że gospodarka nie potrzebuje rządowych regulacji, spowolnienia same
skorygują się do stanu równowagi, a wolno rynkowa konkurencja jest najlepszą
receptą na dostatek.
Nie ma dowodów - albo
są one nieliczne - na to, że
neoliberalna doktryna zapewnia społeczny dobrobyt. Kryzysy gospodarcze
wynikają z nienależytej kontroli administracji nad zjawiskami rynkowymi, a gdy
już się wydarzą, to właśnie rządy państw muszą je gasić. Kolejne branże
konsolidują się, tworząc groźne dla wolności konsumenckiej – monopole i
oligopole. Ponadto rynki unikają ponoszenia kosztów społecznych, bo nie ma z
nich policzalnych zysków.
Rynek redukuje
człowieka do racjonalnego konsumenta, dokonującego wyborów przez pryzmat
osobistych korzyści. Tymczasem
ludzie szukają poczucia przynależności, i chcą nadać swojemu życiu znaczenie,
daleko bardziej realne, niż wartość PKB per
capita. Na dodatek chcą się czuć bezpiecznie w ramach grupy, gdzie mogą
liczyć na szacunek, przestrzeganie zasad etycznych, moralnych czy nawet
religijnych.
Nie będę się rozwodził nad głoszoną przez neoliberałów
merytokracją, czyli wynagradzaniem ludzi za ich zasługi. W myśl tej zasady nierówności społeczne, wynikają z
nierównomiernego rozłożenia w społeczeństwie talentów i umiejętności.
Dlatego obdarzeni przymiotami wynagradzanymi przez rynek są bogaczami, a reszta
jest leniwa, albo w najlepszym wypadku - miała pecha.
Zbyt wiele jest
dowodów podważających powyższe stwierdzenia. Bycie bogatym wiąże się z
przywilejami, jak lepsza edukacja czy warunki bytowania. Trudno powiedzieć, czy osoby pokroju Marka Zuckerberga, Billa Gatesa czy - mojego ulubionego – Richarda Bransona, miałyby szansę na dokonanie swoich osiągnięć, gdyby nie stali za nimi
majątki i rodzinne koneksje. Nie chcę w tym miejscu wzywać do rewolucji, a
jedynie pokazać, że prawie każdy na ich miejscu osiągnąłby sukces biznesowy.
Oni byli w pewnym sensie na niego skazani.
W liczniejszych przypadkach, bardziej przyziemnych, wyceniania pracy na podstawie rzeczywistego
wkładu w rozwój przedsiębiorstwa, również mamy kłopoty z merytokracją.
Systemy płacowe organizacji rzadko kiedy odnoszą się do realnego wzrostu
produktywności spółek. Zdecydowanie większy udział w konsumowaniu owoców ponad
przeciętnych zysków ma kadra zarządzająca, niż szeregowi zatrudnieni. Nie będę
się wdawał w puste dyskusje, kto bardziej decyduje o charakterze i jakości
pracy przedsiębiorstwa – grupa menedżerów czy rzesza pracowników.
Fakty są takie, że w krajach rozwiniętych - od
dziesięcioleci - nie widać realnych wzrostów uposażeń zwykłych pracowników, zaś
przepaść w zarobkach, w relacji do najwyższych stanowisk, wyrażana jest liczbą
trzy cyfrową. Musielibyśmy bardzo mocno
wierzyć w merytokrację, niemal bezkrytycznie, żeby uwierzyć, że ten stosunek to
prawdziwy wymiar we wkładzie w budowaniu dobrobytu spółki.
System rynkowy ma
swoje wady. To truizm. Niedorzecznością
jest niedostrzeganie ich, a nawet uciszanie krytyków. Przysłowiowe „wylanie dziecka z kąpielą” to, w
przypadku – nomen omen – istnienia gospodarczych naczyń połączonych, doskonały przepis na katastrofę.
Nie należy jednak z tego powodu porzucać chęci reformowania systemu i testowania jego
paradygmatów. One nie są prawdami
objawionym. Niektóre zresztą w ogóle nie są prawdami. Budowanie
obywatelskiego społeczeństwa, kierującego się dobrem ogółu, to nie wezwanie
jutra. To potrzeba dziś. Patrzenie na
świat z punktu widzenia egoistycznego konsumenta, doprowadziło nas miejsca w
którym stoimy teraz. Świata pełnego nierówności, braku sprawiedliwości,
populistycznej polityki, zmian klimatycznych czy zagrożenia automatyzacją.
Kurczowe trzymanie się paradygmatów rynkowych, nie pomoże w
okiełznaniu stworzonych prze siebie demonów. Nawet jeśli będziemy próbowali z
całych sił. Potrzebna jest inna droga i
liczę na to, że liberalni demokraci ją znajdą.
Komentarze
Prześlij komentarz