Co z tymi nierównościami?

Z faktami trudno się dyskutuje.

Globalne badana nierówności – najpierw Bourguignona i Morrissona (2002), a następnie Laknera i Milanovica (2016) – pokazują, że od połowy lat 70. XX sukcesywnie spadają dysproporcje w przychodach pomiędzy ludźmi na całym świecie.

Dzieje się tak z prostej przyczyny, kraje dawniej ubogie - bogacą się.

Bądźmy jednak powściągliwi z optymizmem. Wprawdzie z powyższych analiz można ukuć bardzo górnolotne hasła o tym jak to globalizacja zbliża ludzi i podnosi całe narody z ubóstwa, ale diabeł – jak mówią – tkwi w szczegółach.

Wraz ze zmniejszaniem się globalnej nierówności, pojawiają się oddolne inicjatywy społeczne – jak choćby ostatnio francuskie Żółte Kamizelki, które odzwierciedlają powszechne przekonanie obywateli, że rośnie przepaść pomiędzy nimi i bogaczami.

Dochodzi więc – na pierwszy rzut oka - do swoistego paradoksu, zmniejszająca się światowa nierówność, stoi w sprzeczności z odczuciami ludzi.

Dzieje się, tak dlatego, że przychody najbogatszego 1% mają mały wpływ na dane globalne, a z kolei są niezwykle ważne – i ciążące – gdy bierzemy pod uwagę statystki krajowe. Dlatego przeciętny obywatel ma poczucie, że nierówność nie spadła, ale wręcz przeciwnie – wzrosła.

Jak zauważają w swoim artykule, opublikowanym w portalu The Brookings Institution,  Ana Revenga i Meagan Dooley, za wzrost krajowych nierówności jest obwiniany system neoliberalny. Według powszechnego odczucia jest on niesprawiedliwy, gdyż powoduje koncentrację majątku w rękach nielicznych, którzy mieli tyle szczęścia, iż urodzili się w odpowiedniej rodzinie.

Z kapitalizmu, który głosił, że awans społeczny zależy od determinacji i pracowitości jednostki, wyrósł  potworek, który przepuszcza na szczyt niewielki ułamek starających się, a na dodatek nie z powodów ich wkładu, a raczej koneksji. Nie na darmo autorki powołują się na badania opinii publicznej – zleconych przez Bank Światowy, z których wynika, że 20% mieszkańców Azji i Europy uważa, iż najważniejszym czynnikiem, który pozwoli na karierę i przeniesienie się do wyższej klasy społecznej są … znajomości.

Istnieje długa lista czynników, które przyczyniają się do powstawania nierówności – tych wewnątrzkrajowych. Należą do nich między innymi:

 - wyższa stopa zwrotu z kapitału niż stopa zwrotu z pracy, zatem bogacą się tylko bogaci z majątków, a nie wszyscy  - z wykonywania odpłatnych zajęć,

 - nierówny dostęp do sposobów pomnażania majątku, osoby już majętne mają przewagę nad resztą społeczeństwa,

 - postępująca niekontrolowana koncentracja firm w obrębie poszczególnych gałęzi gospodarek, co powoduje powstanie oligopoli, zwiększając tym samym bogactwo właścicieli, a ograniczając ilość miejsc na rynku pracy,

 - upadek znaczenia związków zawodowych, jako reprezentanta pracujących, po części z powodu podpisywania indywidualnych kontraktów z najważniejszymi pracownikami firmy, ale też outsourcingu usług,

 - postęp technologiczny, który powoduje zastępowanie miejsc pracy przez roboty i algorytmy, a także powiększa liczbę osób wykluczonych cyfrowo, zarówno z powodu braku edukacji, jak i dostępu do urządzeń (zbyt wysokie ceny),

 - negatywny wpływ globalizacji, która w wielu przypadkach oznaczała przeniesienie miejsc pracy – ale też całych zakładów – do krajów o niższych kosztach,

 - ograniczona rola rządów i administracji, zarówno w kontekście zapobiegania unikaniu opodatkowania przez globalne korporacje (niższe wpływy do budżetu), jak również brak skutecznych mechanizmów antymonopolowych, a także budowania efektywnych systemów wsparcia socjalnego.

Gdy się bliżej przyjrzeć powyższej liście, łatwo dojść do wniosku, że pozostawienie spraw samych sobie, będzie skutkować jedynie dalszemu pogłębianiu nierówności. Większość czynników, które obecnie napędzają dysproporcje, może tylko się wzmacniać.

Panie Revenga i Dooley twierdzą, że ograniczenie nierówności powinno być realizowane przez państwo lub - instytucje międzynarodowe - poprzez politykę, która będzie równomiernie dystrybuować owoce wzrostu gospodarczego pomiędzy wszystkich obywateli. Stąd postulat progresywnego opodatkowania oraz rozbijania branżowych oligopoli.

Działania państwa powinny również uwzględniać, że nierówność jest dziedziczona z pokolenia na pokolenie, i nie dotyczy to tylko 1%, ale ogółu populacji. Przy braku szans na awans społeczny, osoby ubogie nie są w stanie same podnieść swojej stopy życia.

Inną ważną kwestią jest naprawa rynku pracy. Zbyt często pracodawcy przerzucają ryzyko biznesowe na pracowników czy kontraktorów. Państwo powinno zapewnić możliwość zarobkowania oraz stać na straży sprawiedliwości wynagradzania, które umożliwi godne życie. 

Jest to szczególnie istotny postulat w sytuacji, gdy w krajach rozwiniętych – ale też rozwijających - obserwujemy ubytek miejsc pracy, spowodowany postępem technicznym. W tym wypadku warto zadbać o system transferów pieniężnych w postaci bezwarunkowego dochodu podstawowego lub systemu ujemnego opodatkowania.

Powyższe rozwiązania nie są łatwe, ani proste w realizacji. Wymagają solidnej pracy u podstaw i lat na odwrócenie negatywnych trendów, na dodatek – pod prąd obecnym tendencjom rynkowym. Tym niemniej są one konieczne i nieodzowne, jeśli chcemy poprawić działanie społeczeństwa i demokracji.

Zostawienie ludzi samym sobie, bez wsparcia państwa, oznacza oddanie sterów rządów populistom, którzy głoszą łatwe recepty i szybkie metody ich wdrożenia. Nie da się też wmówić społeczeństwu, że globalne nierówności maleją, więc ich odczucia są nieprawdziwe. 
Chyba, że chcemy ich jeszcze bardziej rozsierdzić.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook