Dobry wujek Google


Fakt, że wszystkie (albo prawie wszystkie) spółki technologiczne koniecznie muszą mieć swoją siedzibę w Dolinie Krzemowej – czy szerzej – okolicach Zatoki San Francisco, ma swoje konsekwencje.

Jak zwykle w przypadku nagłego boomu okazuje się, że infrastruktura nie była gotowa na podobne wyzwania. Drogi są za wąski, wodociągi i kanalizacja mają zbyt małą przepustowością, sieć energetyczna jest przeciążona. Część problemów można łatwo obejść, odstawić jakąś prowizorkę i na kilka lat (może miesięcy) wystarczy.

Równie palącym problemem jest kwestia mieszkaniowa, którą lepiej charakteryzuje stwierdzenie: „skrajny niedobór nieruchomości”. Dość powiedzieć, że w latach 2012-17 w rejonie Zatoki San Francisco przybyło 400 tysięcy miejsc pracy, a jedynie 60 tysięcy nowych mieszkań.

Spokojna i malownicza okolica San Francisco może się pochwalić najwyższymi cenami nieruchomości w Stanach Zjednoczonych. Z powodu niedostatecznej ilości domów i mieszkań (małej podaży), a przy dużej ilości chętnych (wysoki popyt) - ceny skoczyły do niebotycznych poziomów.

Znane są anegdoty, że nawet wysoko opłacani inżynierowie z Google’a czy Apple’a wydają niebotyczne stawki za wynajem, stanowiące nawet 70% ich zarobków. Prawda jest taka, że:
 - średnie roczne dochody – potrzebne do nabycia domu – wynoszą blisko 180 tysięcy dolarów,
 - mediana cen domów zbliża się do 900 tysięcy, a
 - koszt wynajmu mieszkania wynosi 18 tysięcy dolarów rocznie i przewyższa średnią krajową o – bagatela – 50%.

Inne badania mówią, iż poziom zarobków, które umożliwiają w miarę komfortowe życie w San Francisco, przekroczył 110 tysięcy dolarów.

Być może przytoczone powyżej koszty nieruchomości i roczne dochody są na porządku dziennym w technologicznych korporacjach, jednak dla osób, które mają tą nieprzyjemność, że są: urzędnikami, nauczycielami czy policjantami stanowią niedościgłe marzenia. Trudno przecież uwierzyć, że blisko 8 milionów mieszkańców okolic Zatoki to sami milionerzy. Ktoś musi obsługiwać armie korpoludków.

I w tym miejscu wkracza na scenę wujek Google. Korporacja technologiczna – jedna z tych, nad głową której już od jakiegoś czasu zbierają się ciemne chmury (a to skandal obyczajowy, a to ograniczanie działalności działów badań i rozwoju, a to oskarżenia o unikanie podatków czy wreszcie pohukiwania kandydatów na prezydenta o konieczności podziału spółki) – postanowiła zawalczyć o miano dobrego współmieszkańca i ulżyć lokalnej społeczności.

Na stole pojawiła się oferta miliarda dolarów, które mają złagodzić kryzys mieszkaniowy. W szczegółach ma to wyglądać następująco. W ciągu 10 lat ma powstać w sumie 20 tysięcy mieszkań, z czego:

 - 15 tysięcy powstanie dzięki przekształceniu obecnej powierzchni biurowej korporacji (przewidywana wartość inwestycji 750 milionów dolarów),

 - 5 tysięcy dorzucą deweloperzy, zainteresowani podobnym przekształceniem innych obiektów biurowych w regionie (wartość około 250 milionów dolarów),

A i jeszcze Google dorzuci, hojną ręką, 50 milionów dla organizacji non-profit, które pomagają w znalezieniu schronienia dla osób bezdomnych (co stanowi osobną plagę w rejonie Zatoki).

Brzmi dobrze i wygląda dobrze, co więc nosi znamiona doskonałej akcji public relations, a jak twierdzi Sean Hollister z „The Verge”, właśnie tym jest. I tylko tym.

Okazuje się, że:
- zobowiązanie jest 10cio letnie, co jest dość długim horyzontem czasowym, jak na spółkę mogącą się pochwalić dwoma dekadami istnienia. Poza tym 10 lat w dzisiejszych – turbulentnych czasach – to okres nie-do-ogarnięcia, nawet dla planujących swoje strategie z dużym wyprzedzeniem. Po prostu, niemal nikt na rynku nie myśli w takiej perspektywie, ponadto

- plan przewiduje transformację blisko 10 tysięcy jednostek biurowych w Mountain View w 5700 mieszkań. To nic, że San Francisco i Mountain View – różnica raptem 60 kilometrów (da się przeżyć), ważniejsze, iż korporacja nie ma – jeszcze – pozwolenia na przekształcenie od władz lokalnych, a przecież

- nieruchomości nie będą – oczywiście - za darmo. Google odda ziemię i biurowce deweloperom, którzy dokonają modernizacji obiektów i postawią ewentualnie nowe – stąd owe zachęty na 5 tysięcy mieszkań. Jak dobrze to by nie brzmiało, trudno sobie wyobrazić, że powstaną dzięki temu lokale „przystępne cenowo” o czym wspominał prezes Sundar. Chyba, że przystępna = rynkowa, a to ja w takim razie przepraszam. Trzeba zwrócić uwagę, że

- z pewnością przekształcenia obecnych obiektów i budowa nowych będzie skutkowała powstaniem bloków, względnie apartamentowców, a nie domów jednorodzinnych, i jeszcze

- reszta mieszkań ma powstać w okolicach Zatoki San Francisco – prawdopodobnie w opuszczanych przez inne korporacje kampusach – ale nie wiadomo: co?, gdzie? i kiedy?

W sumie więc Google nie wybuduje żadnych mieszkań, a jedynie odda do modernizacji obecne obiekty i dorzuci trochę gruntów, aby lokalni deweloperzy mieli gdzie budować. Dopiero zakres ich działania ma spowodować falową reakcje innych korporacji, które pójdą tą samą drogą.

Podobno nie powinno się zaglądać darowanemu koniowi w zęby. Rozumiem, że to z powodu dysonansu poznawczego, wywołanego takowymi oględzinami u kontrolującego. Cóż, w szczegóły pomysłu Google’a też nie można zajrzeć, bo nie stoją za nim żadne fakty, a jedynie zbiór pobożnych życzeń i obietnica miliarda dolarów, który zawsze działa na wyobraźnię.

Przynajmniej amerykańską.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook