Czy każda praca jest najlepszą drogą do wyjścia z ubóstwa?


Nie jest łatwo wytłumaczyć fenomen rozwarstwienia społecznego, który ma miejsce w krajach rozwiniętych. Szczególnie obywatelom państw aspirujących, rozwijających się, którzy wpatrują się w mityczny „Zachód” jak w raj. Oczywiście odniesienie zarobków w Anglii, Niemczech czy Holandii, wypłacanych w funtach czy euro, mogą przyprawić rodaków o zawrót głowy, ale to tylko pod warunkiem, że pracowaliby na Zachodzie, a żyli – u siebie. Tak łatwo niestety nie ma.

Być może niektórzy cudzoziemcy, przybywający do Wielkiej Brytanii, mogą sobie pozwolić na swojego rodzaju zawieszenie, a więc ograniczenie własnych potrzeba, aby ciężką pracą - w kilka lat - odłożyć oszczędności, za które zrealizują wymarzony projekt we własnym kraju.

Tymczasem dla przybyszów, dla których Zjednoczone Królestwo ma być punktem docelowym, albo – co jeszcze ważniejsze – dla samych Brytyjczykówsytuacja na rynku pracy jest więcej niż dramatyczna.

Przyjrzyjmy się dokładniej brytyjskiemu rynkowi pracy, dzięki Jackowi Shenkerowi, autorowi książki „Now We Have Your Attention: The New Politics of the People”, ale miejmy na uwadze, że pewne trendy – wcześniej, czy później – też u nas zagoszczą.

Okazuje się, że Wielka Recesja odcisnęła na nim znaczące – i negatywne – piętno. Przede wszystkim od 2008 roku regularnie spadają realne płace, mniej więcej o procent rocznie. Oznacza to, że obecna siła nabywcza przeciętnych zarobków w Zjednoczonym Królestwie jest niższa niż dekadę temu. Przy czym ceny produktów żywnościowych pozostają na podobnym poziomie, ale już wydatki na edukację, ochronę zdrowia czy mieszkania znacząco urosły.

Płace nie podążają zatem za wzrostem kosztów życia w Wielkiej Brytanii. Ma to swoje konsekwencje. Według cytowanych przez publicystę badań Royal Society of Art: 7 milionów Brytyjczyków - z ogółu 10 milionów, które żyją poniżej granicy ubóstwa – mimo, że posiada płatne zajęcie, ich dochody wystarczają jedynie na skromną egzystencję. Na dodatek 70% zatrudnionych w Zjednoczonym Królestwie, żyje od pierwszego do pierwszego, nie generując żadnych oszczędności, a często jeszcze popadając w długi, gdy ratują zbyt skromny domowy budżet szybkimi pożyczkami.

Można śmiało powiedzieć, że na brytyjskim rynku pracy króluje niepewność.

Przede wszystkim rośnie ilość ludzi, którzy świadczą usługi za pośrednictwem platform cyfrowych, a więc rejestrują się na portalach, a następnie – w zależności od umiejętności – wożą pasażerów, rozwożą jedzenie, czy dokonują napraw w domach. Ich zarobki oraz ilość godzin pracy zależy od zapotrzebowania i ich gotowości do podjęcia zlecenia. W ten sposób utrzymuje się blisko 10% Brytyjczyków.

Niepewność zagraża też bardziej stabilnym zawodom, szczególnie zaś dotyczy młodych pracowników na etatach. Prawnicy, nauczyciele, a nawet pracownicy instytucji finansowych czy architekci, otrzymują na start wynagrodzenia, które nie pozwalają im na samodzielne życie. W dodatku część ich zadań może być wykonana przez chętnych do podjęcia się każdego zlecenia freelancerów czy … zaawansowane algorytmy.

Autor, Jack Shenker, zauważa że automatyzacja pracy nie musi polegać na zastępowaniu ludzi robotami czy sztuczną inteligencją. Pomysł Amazona, aby osobom zatrudnionym w magazynach nałożyć opaski, które na bieżąco sprawdzają czy wykonują oni optymalne ruchy, to nie fikcja, a jedynie przeprogramowanie człowieka w maszynę. Zresztą co tam opaski. Przecież można pójść z duchem czasu i wszczepić pracownikom chipy, stale monitorujące ich zdrowie, miejsce przebywania czy sposób realizowania czynności służbowych.

Autor zauważa, że wraz z defragmentacja rynku pracy, globalizacją, spadkiem ilości stabilnych etatowych stanowisk, maleje znaczenie związków zawodowych, które jeszcze w latach 70. i 80. ubiegłego wieku potrafiły wymóc na rządzących oraz pracodawcach ustępstwa na rzecz poprawy warunków zatrudnienia.

Wydaje się, że w dzisiejszych czasach, zatomizowanych społeczeństw, z dużą domieszką imigrantów, szanse na stawienie realnego oporu korporacjom – szczególnie tym, które budują swoją potęgę na wiedzy czerpanej od użytkowników (Amazon czy Uber), ale nie dzielą się z pracownikami zyskami – jest niemal niemożliwe.

A jednak. Autor przytacza przykłady kilku dobrze przygotowanych związków jak United Voices of the World (UVW) czy Independent Workers of Great Britain (IWGB). Zrzeszają one pracowników, ale też kontraktorów, osób pracujących dorywczo, tymczasowo czy na zlecenie. Nie jest ważna przynależność firmowa czy narodowa, UVW wspiera – między innymi - zatrudnionych w McDonaldzie w Europie. IWGB w Uberze i innych podobnych platformach w Wielkiej Brytanii.
   
Dzięki aplikacjom,  platformom czy forom internetowym, związki organizują się, aby strajkami i protestami, utrudnić działanie korporacji, zwrócić uwagę społeczeństwa na swój los i poprawić warunki pracy oraz podnieść zarobki. Przy czym wspomniane inicjatywy wymieniają się doświadczeniami zarówno pomiędzy krajami, w których działają, ale też pomiędzy sobą.
Okazuje się, że ruch związkowy nie upadł, ale przeszedł daleko idące przeobrażenie. Nie ogranicza się do murów jednej fabryki, ale łączy ludzi z różnych organizacji, odmiennych narodowości, pracujących w różnych krajach.

Celem jest poprawa warunków zatrudnienia i płaca pozwalająca na godne życie, bez konieczności wypracowywania nadgodzin, pracy na dwa etapy czy bycia uzależnionym od pomocy rodziny czy szybkich pożyczek.

- - -

Praca jest zdecydowanie bardziej złożonym zjawiskiem niż proste świadczenie usług na rzecz pracodawcy i otrzymywanie za to umówionego wynagrodzenia. Dzięki stanowiskom pracy mamy hierarchię, która wychodzi daleko poza granice firm, w którym jesteśmy zatrudnieni.

Praca nas definiuje. Zarówno pozycja, jak i zarobki, ustawiają nas w drabinie społecznej, będąc dla jednych źródłem satysfakcji – i dobrego wizerunku na zewnątrz – dla drugich frustracji. Brak zatrudnienia odbija się na naszej psychice, postrzeganiu otoczenia, poczuciu władnej wartości, a także oceny osób postronnych. Wreszcie praca oddziela życie nastolatka od dorosłego.

Tymczasem na Zachodzie - ale powoli też w Polsce - rynek pracy jest w kryzysie. Łatwo to zaobserwować. Wystarczy spojrzeć na malejącą liczbę osób aktywnych zawodowo, czy dużą ilość wakatów przy malejącym bezrobociu.

Mamy wiele stanowisk, na których zarobki nie wystarczają do godnego życia. Znakomita większość ścieżek karier jest bardzo krótka, bez szans na znaczące podwyżki czy awans w firmowej hierarchii.

Ponieważ ludzki mózg uwielbia dychotomię, można powiedzieć, że mamy dwa wyjścia.

Pierwsze to umniejszyć znaczenie pracy zarobkowej, na rzecz krzątania się i wykonywania usług na rzecz lokalnych wspólnot (będąc wynagradzanym przez jakąś formę dochodu podstawowego). Drugie to zmuszenie pracodawców do poprawy warunków pracy oraz podniesienie zarobków, tak aby umożliwić pracownikom spokojne życie.

John Maynard Keynes, który w początkach XX wieku dostrzegł zmiany społeczne, wywołane przez automatyzację pracy, uważał, że w naszych czasach – korzystając z udogodnień cywilizacyjnych - będziemy pracować tylko 15 godzin tygodniowo.

Biedny Maynard, doskonale znał się na ekonomii, ale z pewnością nie potrafił oszacować czynnika ludzkiego.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook