Ten cholerny recykling
Wielka eweolucja śmieciowa, która od ponad dekady zmienia
nasze nawyki, nabiera tempa. Jednak wciąż mamy przed sobą istotne wyzwania.
Do starania się o lepsze gospodarowanie odpadami popycha nas
prawo oraz - niedawno nabyta - odpowiedzialności za stan Ziemi. Zaczęło się
niewinnie od zmiany rozliczania wywożenia odpadów. W sytuacji gdy nie płaciło
się od ilości śmieci, te powoli zaczęły znikać z lasów.
Następnie weszła prosta segregacja odpadów, z którą już
mieliśmy spore kłopoty. W ciągu kilku lat przeszliśmy od jednego do nawet pięciu
lub sześciu pojemników. Teraz nawet mistrzowie rozpoznawania rodzaju plastikowego
opakowania mają kłopot, w którym koszu go umieścić.
Najgorsze w przypadku segregacji śmieci jest przekonanie,
że najłatwiej jest zmusić ludzi do prawidłowego dzielenia odpadów za pomocą kar.
Tymczasem brak jest odpowiedniej edukacji i dobrze przygotowanych ulotek. Rozumiem,
że brakuje pieniędzy w samorządowych budżetach, aby je solidnie przygotować,
stąd pomysł na zdobycie dodatkowych funduszy.
Najbardziej cieszy rosnąca świadomości, że mamy - może
i mały, ale jednak - realny wpływ na stan naszego środowiska. Wszystkie ruchy
zero-waste, pomysły na wykorzystywanie wielokrotnych opakowań, powstrzymywanie
się od kupowania nowego kosztem naprawy czy przerobienia starego. Stajemy
się bardziej świadomi i odpowiedzialni za własne czyny.
Tylko, że do pełnego sukcesu, a więc umiejętności pozbywania
się śmieci bez szkodzenia środowisku, lub ponownego wykorzystywania odpadów po
ich przerobieniu, jeszcze daleka droga i stoimy przed nią razem z innymi
krajami rozwiniętymi i rozwijającymi się.
Czego byście nie słyszeli, nie potrafimy sobie radzić z
recyklingiem.
Co więcej, okazuje się, że nie ma od kogo czerpać dobrych wzorców. Oficjalne statystyki dla Wielkiej Brytanii mogą sugerować, że aż 45% odpadów odbieranych od gospodarstw domowych jest poddawane obróbce w celu odzyskania surowców i ponownego ich użycia.
Tymczasem ostatnio natknąłem się w Guardianie na bardzo
ciekawy artykuł Olivera Franklina-Wallisa, który twierdzi, że recykling
jest wielkim mitem, a posegregowane odpady są spalane, albo trafiają
na gigantyczne śmietniska w biedniejszych krajach.
Brytyjczycy produkują podobno od 200 do 300 ton odpadów
dziennie. Duża ich część jest bardzo sumiennie posortowana, co powoduje,
że pośrednicy nie muszą już zatrudniać tak wiele osób, aby je ponownie segregować.
Szkło, tektura i papier – z nimi rzeczywiście jest najłatwiej
– duża ich część (szczególnie szkła) jest wykorzystywana ponownie. Jednak
już połowa brytyjskiego papieru oraz tektury (spory wzrost udziałów, dzięki
rozwojowi handlu elektronicznego), a także 2/3 tworzyw sztucznych jest ładowane
na kontenerowce, które wywiozą śmieci do Europy (tak, też Polski), Afryki i
Azji (głównie Azji).
Dla wszystkich jest to świetny interes: dla
odbierających odpady z domów, dla sortowni i firm odzyskujących wartościowe
odpady, nawet dla pośredników i zagranicznych odbiorców śmieci. Każdy na tym
zarabia. A przynajmniej zarabiał, bo nagle pojawiły się informacje o
szkodliwym sposobie recyklingu w wersji chińskiej, czyli przetapianiu „zachodniego”
plastiku na otwartych wysypiskach. To uruchomiło lawinę zdarzeń.
Jak pisałem już swojego czasu na blogu, na początku roku,
Chiny zabroniły sprowadzania śmieci z zagranicy. Dla zachodnich spółek „recyklingowych”
był to szok. Koszty upchnięcia trefnego „towaru” zaczęły rosnąć. Nagle
liderami wśród odbiorców globalnych odpadów stały się: Tajlandia, Malezja i
Indie. Teraz one przejmowały góry śmieci i bez problemów spalały je na
wolnym powietrzu lub zarzucały na „łono natury”, tworząc dzikie wysypiska.
Potem historia się powtórzyła. W okolicach maja – o czym
głośno donosiły środki masowego przekazu – wszystkie trzy kraje poszły tą
samą drogą co Chiny. Przynajmniej oficjalnie. Coś jak ze słynnym
handlowaniem polskimi jabłkami z Rosją podczas embarga na nasze produkty rolne.
Spójrzmy więc, dzięki Franklin-Wallisowi, na alternatywę
dla eksportu śmieci do krajów biedniejszych. Teoretycznie jest nim recykling
na miejscu. Oznacza to faktycznie, niestety, spalanie odpadów w
przygotowanych do tego zakładach.
Zanieczyszcza to atmosferę i uprzykrza życie okolicznym
mieszkańcom, ale – od biedy – daje trochę energię i pomaga pozbyć się odpadów.
Składowanie śmieci na otwartych hałdach, to nie tylko zagrożenie metanem,
oznacza też zanieczyszczenie wód gruntowych i skażenia gleby. Nie
mówiąc o realnej groźnie samozapłonu.
Spalanie odpadów jest więc obecnie – mimo wszystkich
wymienionych zastrzeżeń – w zasadzie jedynym wyjściem. Co więcej w
przypadku niektórych angielskich hrabstw pozbywa się w ten sposób nawet 80%
odpadów uznanych w procesie segregacji za surowce wtórne. Co ciekawe nawet
przy takich praktykach uznaje się, że Wielka Brytania „recyklinguje” 45% odpadów
z gospodarstw domowych.
Dzieje się tak, bo śmieci odbierane ze śmietników, są „klasyfikowane”
jako „możliwe do poddania recyklingowi”. Tymczasem są one dopiero wysyłane
do „recyklingu”. Co może oznaczać, że faktycznie są spalane. Dla
porównania W Stanach Zjednoczonych ten wskaźnik jest o połowę niższy (marne
26%).
W skali globalnej sytuacja jest jeszcze gorsza. Z 8,3
miliarda ton produkowanego plastiku, recyklingowi poddawane jest tylko 9%. Nie
wiadomo tylko, czy można wierzyć danym. Naukowcy, zajmujący się zjawiskiem odzyskiwania
surowców, twierdzą, że być może statystyka jest zaniżona. Z drugiej strony jeśli
słyszymy, że jakaś firma przekazała surowce do recyklingu w innym kraju –
kiedyś to były Chiny - musimy mieć świadomość, że oznacza to spalenie odpadów
na wolnym ogniu.
Według Franklin-Wallisa, kłopot z nadmiarem śmieci wynika
z dwóch powodów.
Pierwszy to zalanie rynków zbytu tworzywami sztucznymi,
które są łatwe oraz tanie w produkcji, ale kosztowne i trudne do odzyskania w
ponownej obróbce. W wyniku recyklingu uzyskuje się droższy surowiec -
gorszej jakości.
Drugim źródłem kłopotów jest próba recyklingu odpadów
domowych, czyli choćby: puszek, tektur czy papieru, które w wyniku
używania i składowania w mieszkaniach zanieczyszczają się – niemal nieodwracalnie
– pozostałościami produktów żywnościowych, jak choćby oleje czy tłuszcze. To dlatego
ważne jest sortowanie śmieci, aby – w miarę możliwości – odseparować jak
najwięcej surowców, do ponownego użycia. I dlatego firmy odzyskujące surówce inwestują
w roboty, aby jeszcze lepiej odseparować odpady uznane przez ludzi jako nie
nadające się do dalszego przetwarzania.
Tylko, że wprowadzenie zaawansowanych technologii poprawia
głównie rentowność spółek zajmujących się utylizacją odpadów i
pozyskiwaniem surowców wtórnych i nieznacznie zmniejsza górę śmieci na
wysypiskach.
Prawdziwym wyzwaniem jest szukanie technologii przetwarzania
tworzyw sztucznych na coś bardziej pożytecznego np. paliwo samochodowe.
Innym sposobem jest zastępowanie plastiku droższymi, ale łatwiejszymi w późniejszym
odzyskiwaniu materiałami, na przykład kartonów po mleku – szkłem, czy
butelek po napojach - aluminium.
Wymaga to niestety świadomości producentów oraz
wyrozumiałości konsumentów. Nie każdy może sobie na to pozwolić i nie
jest to rozwiązanie dla całego świata.
A jedynie dla jego bogatszej części.
Problem odpadów plastikowych można prosto i łatwo rozwiązać. Wystarczy nakazać aby każde opakowanie plastikowe miało dodatek metalicznego srebra. Wolny rynek znajdzie z miejsca sposób na jego odzyskanie, jeżeli się to będzie opłacać. Za komuny problem starych zdjęć rentgenowskich rozwiązał się momentalnie, gdy 'prywaciarze' wyczuli w tym interes. Srebro zresztą wpływa pozytywnie na walory produktu np. ma własności bakteriobójcze.
OdpowiedzUsuńCiekawa propozycja z tym srebrem.
OdpowiedzUsuń