WeWork or Won’tWork?


Nie jestem pewien czy uważnie śledzicie wieści ze świata ekonomii, ale może przeleciała wam przed oczami reklama firmy WeWork i jej wspaniała oferta, aby zostać jej akcjonariuszem. Nawet jeśli byliście przez moment gotowi, aby zostać właścicielem (no dobrze, współwłaścicielem) spółki zza Oceanu, to nie mieliście szans. W ramach emisji akcji nie udało się znaleźć odpowiedniej ilości „jeleni”.

Dlaczego tak nie ładnie piszę o akcjonariuszach, skoro stanowią oni sól kapitalistycznej gleby?
Otóż spółka WeWork to kolejny przykład korporacji, która nie generuje zysków (Uber), ma wątłe podstawy egzystencji (Slack) i nie wypłaca dywidendy (Amazon), a mimo to rozpala serca i umysły finansistów z Wall Street. I w tym bliżej jej raczej do Theranosa (który okłamywał inwestorów).

Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież nic się nie stało, bo spółka nie dotarła na nowojorski parkiet, a jej „charyzmatyczny” prezes – specjalnie w cudzysłowie, bo w dzisiejszych czasach prezes i charyzmatyczny to niemal tożsame – ustąpił w obliczu porażki. Ale w kolejce po czyjeś oszczędności stoi jeszcze wiele takich WeWorków.

Sam fakt, że część z nich już jest na giełdzie świadczy tylko o głębokim kryzysie kapitalistycznej tożsamości. Zamiast zbudować trwałe, wielopokoleniowe przedsięwzięcia, powstają jakieś dziwne struktury z dykty (czytaj: startupy), nie mające szans na samodzielną egzystencję, czekające tylko na inwestora, który nie łapiąc się w szczegółach wypłaci grube miliardy.
A potem w nogi…

WeWork to startup, który … podnajmuje powierzchnię biurową. Za nic w tym finezji, ani grama unikalności, zero wizjonerstwa, a jednak spółka została wyceniona w ofercie publicznej na 47 miliardów (!) dolarów.

Być może sama idea, stojąca za działalnością firmy jest słuszna, ale nie ma dla niej tak dużej przestrzeni na rynku. Jak zauważa profesor Galloway (ze Stern School Business), autor poczytnych publikacji na temat kondycji największych korporacji Ameryki, istnieje spora ilość przedsiębiorstw szukających lepszej przestrzeni biurowej, ale WeWork nie jest w tym zakresie monopolistą. Poza tym firma przepala ogromne ilości pieniędzy inwestorów, więc dla dalszego istnienia potrzebuje regularnych zastrzyków gotówki.

Do tej pory opoką WeWork – jej twarzą – był prezes (i właściciel) Adam Neumann. Miał on nietuzinkowy dar przekonywania inwestorów do świetlanej wizji swojej spółki. Jak zauważa Matt Stoller z Busines Insidera być może był on „charyzmatyczny”, „nieortodoksyjny” i „dziwaczny”, ale ludzie garneli się do niego i wciskali mu pieniądze potrzebne do realizacji ryzykownych planów.
W tym względzie można byłoby porównać Neumanna do Bezosa, którego kochają inwestorzy. W przypadku szefa Amazona, wiedzą, że nie obejrzą ani centa dywidendy, a jednak cieszą się gdy firma ogłasza kolejne kosztowne (i nie zawsze trafne) programy ekspansji w kolejnych branżach. Kupują udziały, licząc na pomnożenie majątku wraz ze wzrostem cen akcji.

Jak już wspomniałem na etapie startupu - na długo przed upublicznieniem akcji - Adam Neumann potrafił w zjednywać sobie inwestorów. Kosmiczna wycena WeWork – wspomniane już 47 miliardów dolarów – odzwierciedlała raczej nadzieję zwolenników wizji prezesa Neumanna. Choćby takich jak Masayoshi Son z Softbanku, który włożył – wraz z partnerami z Arabii Saudyjskiej - blisko 9 miliardów dolarów, podnosząc swoje zaangażowanie w każdej rundzie pozyskiwania funduszy, czym pompował wycenę spółki.

I nie miało to nic wspólnego z realiami.

Obecnie, po ustąpieniu Neumanna i prześwietleniu finansów spółki - zanim trafiła na nowojorski parkiet - wiemy, że kontrowersyjny przywódca był zwykłym krętaczem, który przywłaszczył część pieniędzy inwestorów, uwłaszczył się na majątku spółki, a następnie podnajmował jej „własne” nieruchomości. Co ciekawe, pojawiają się głosy, że spółka warta jeszcze miesiąc temu 47 miliardów dolarów, jest już blisko ogłoszenia bankructwa

Czyżbyśmy byli świadkami sprytnie skonstruowanej bańki – pułapki dla inwestorów? Czy szalony pomysł biznesowy, ogłoszony przez „charyzmatycznego” przywódcę, znajdujący nielimitowany dostęp do gotówki i poklask najważniejszych na świecie inwestorów w startupy, mógłby być tylko wydmuszką? Spreparowaną tylko po to, aby po wejściu na giełdę główni aktorzy zebrali swoje pieniądze, pozostawiając faktycznych akcjonariuszy z niczym?

Właściwie nie wiadomo w jakich kategoriach należy oceniać sytuację WeWork? Czy jest to skandal na miarę Theranosa? Przypomnę, że firma fałszowała wyniki laboratoryjne, aby utrzymywać inwestorów w przekonaniu, że posiada unikalną metodę badania krwi.

Czy może kapitalizm wstąpił w etap dekadencji? W którym nagle – z niewiadomego powodu – niektóre spółki mogą naginać prawa ekonomii. Trwać bez zwracania zysków jak Amamzon, czy mieć trwale nierentowny model biznesu jak Uber, Lyft czy Netflix.

Jak pisze Matt Stroller w Business Inside, problemem nie są naiwni inwestorzy – szczególnie indywidualni, którzy ryzykują majątkami (oby nie całymi) w wątpliwej jakości przedsięwzięcia. Gorzej jest gdy akcje - wspomnianych wyżej spółek - znajdą się w portfelach solidnych funduszy inwestycyjnych czy emerytalnych, narażając na szwank przyszłe oszczędności milionów obywateli.

Ale to tylko jedna strona medalu.

Drugą jest faktyczna działalność owych spółek, które dzięki nieograniczonym liniom finansowania destabilizują sektory gospodarki, w których działają.

Uber – w Stanach Zjednoczonych niszczy nie tylko korporacje taksówkowe, ale też komunikację miejską, oferując na przewozy tańsze niż autobusy czy metro, choć nie jest w stanie zapewnić odpowiedniej przepustowości.

Podobnie Amazon. Ogranicza konkurencję w handlu onlinie, eliminując drobniejszych detalistów. Sięga po udziały w świecie realnym - wyzywając do boju wszech potężny Walmart. Ale też podkopuje rynek firm kurierskich, tworząc własny odpowiednik dla FedExu czy UPSu. Bezos może to robić, bo korzysta z nielimitowanej gotówki i wsparcia inwestorów, którzy wierzą, że mu się uda i premiują go za wysiłki. Są to zresztą Ci sami inwestorzy, którzy karzą Walmart (wyprzedając akcje) za każdą próbę podjęcia walki o udziały w handlu internetowym.

Wspomniany już profesor Galloway w książce „Wielka czwórka” celnie opisuje różnice w relacjach z inwestorami takich spółek jak: Amazon, Apple, Facebook czy Google, w porównaniu z bardziej statecznymi biznesami. Ci pierwsi mogą liczyć na większą przychylność i wyrozumiałość i… szerszy dostęp do gotówki.

Możemy darzyć sympatią startupy, które rozpychają się na rynku, zmuszając zastałą konkurencję do działania. Kłopoty zaczynają się, gdy destabilizacją gospodarki zajmują się spółki, które są wydmuszkami, obliczonymi na szybką sprzedaż i zrobienie z właścicieli przedsięwzięcia miliarderów.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook