Fabryka monopoli


Softbank, wbrew swojej nazwie, nie jest kolejnym japońskim bankiem. To jeden z najpotężniejszych funduszy – z aktywami przekraczającymi 100 miliardów dolarów - inwestujących w startupy, licząc że któryś z nich stanie się jednorożcem. Wówczas będzie można wyprowadzić spółkę na giełdę, sprzedać akcje, zainkasować sowite zyski i pokryć nimi straty z tysiąca innych inwestycji, które okazały się niewypałami. Gorzej gdy same jednorożce okażą się porażką.

Trzeba przyznać, że jak do tej pory Softbank radził sobie wyśmienicie. Dość powiedzieć, że w portfelu ma udziały (między innymi): Ubera (15%), chińskiego konkurenta Ubera – Didi (20%), indyjskiego konkurenta  Ubera – Oli (30%), Alibaby (30%), Slacka (5%) czy Boston Dynamics (85%).

Niestety Softbank włożył też sporo pieniędzy w WeWork (4,6 miliarda dolarów, co daje 80% udziałów) i ta decyzja odbija się właśnie – założycielowi, właścicielowi i prezesowi, Masayoshi Sonowi – czkawką. Spółka – druga największa w Japonii (po Toyocie) – zanotowała pierwszą kwartalną stratę od 14 lat. Zestawienie zysków i strat zamknęło się na minusie, kwotą 6,5 miliarda dolarów. Jednak wkrótce może się okazać, że będzie tego więcej.

W tym miejscu warto zauważyć, że prezes Son zachował się bardzo odważnie, złe wyniki wziął na klatę i osobiście zaprezentował oraz skomentował sprawozdanie kwartalne. Na dodatek, sam wziął za nie odpowiedzialność, obwiniając za straty własne, zbyt liberalne podejście i błędną ocenę potencjału inwestycyjnego spółek, w których ulokował niemałe środki.

Jednak, jak zauważa na internetowych łamach Business Insidera, Linette Lopez, fatalny wynik kwartalny Softbanku nie jest nic nie znaczącym wypadkiem, ale następstwem filozofii działania firmy. Pomysłem spółki – jak twierdzi były dyrektor spółki, Nikesh Arora – jest przekształcanie młodych, obiecujących rynkowo pomysłów w monopole w sowich branżach.

Proces inwestycji zaczyna się od wyszukania startupów, które mają szanse na wywrócenie porządku, obowiązującego w danym sektorze. Następnie Softbank pompuje w spółkę pieniądze. Nie jednorazowo, ale po kilkadziesiąt, kilkaset milionów dolarów w kolejnych transzach pozyskiwania inwestorów. To wzbudza zainteresowanie pozostałych łowców okazji, aniołów biznesu, spółek venture capital czy funduszy. Spółka staje się modna, obiecująca, ma zaplecze finansowe oraz wsparcie potężnych instytucji, potrafiących obrócić swoją siłę, na korzyść wspieranego przez siebie podmiotu.

Pierwotnie nie chodzi o to, aby startup miał perspektywy stania się zyskownym. Jego filozofia działania ma być rewolucyjna. Bardzo często – co widać na przykładzie Ubera (i jego podobnych) – aby myśleć o przychodach, spółka musiała by się stać monopolistą w swojej branży. I do tego dąży Softbank. Jego celem nadrzędnym jest wyszukiwanie pereł, które mogą zawładnąć sektorami.

Strategia może się wydawać karkołomna i z góry skazana na porażkę, bo przecież konsumenci nienawidzą monopoli, ograniczających konkurencję i wybór, zawyżających ceny. Zresztą co tam ludzie, rządy, administracja państwowa czy międzynarodowi regulatorzy rynku – wszyscy walczą o to, aby żadna firma w swoim sektorze – nie mogła samodzielnie decydować o kształcie branży. Albo przynajmniej udają, że walczą. Albo - w najlepszym razie - twierdzą, że robią coś, aby przeciwdziałać koncentracji.

Koncepcja grania na przekór rynkowi jest zatem ryzykowna, ale – w razie wygranej – przyniesie ponadprzeciętne zyski. Skądinąd samo inwestowanie w niepewne pomysły jest już obarczone groźbą utraty pieniędzy. Skoro więc marzyć, to z rozmachem. A Softbank ma sporo środków – przypomnę, ponad 100 miliardów - aby wspomóc każdą fantazję.

Pomysł Softbanku jest zatem prosty. Wspierać finansowo wiele przedsięwzięć. Promować te najbardziej obiecujące. Szukać dla nich szerokiego wsparcia innych inwestorów. Na perłach zarabiać więcej, niż suma wcześniej wyłożonych środków. Dążyć do monopolu.

Gdyby się nie udało to ostatnie, to sukcesem jest już wprowadzenie swojego gracza na giełdowy parkiet. Dobra prasa, atmosfera wokół spółki, zainteresowanie drobnych ciułaczy czy funduszy emerytalnych spowodują, że można się wycofać z inwestycji ze sporym zyskiem.

Fachowcy z branży twierdzą, że Uber może być zyskowny tylko wówczas, gdy pokona i przejmie wszystkie znaczące organizacje taksówkowe i swoich konkurentów, działających w podobny sposób, a nawet podgryzie publiczny transport. Gdy stanie się monopolistą, jedynym dostawcą usług przewożenia pasażerów, będzie mógł dyktować dowolne ceny, a klienci nie będą mieli sensownej alternatywy. To jest nadzieja dla inwestorów, którzy kupili akcje Ubera w dniu wejścia na giełdę w Nowym Jorku po 42 dolary i teraz trzymają je gdy ich wartość spadła do około 27.

Softbank jest ponad to. W jego działaniu ważny jest rozmach i swoboda obracania pieniędzmi, dlatego ma on udziały w Uberze, a także w jego konkurentach w innych krajach, chińskiej Didi i indyjskiej Oli. Gdyby się nie udała dominacja jednego rynku, można działać na innych. Ci którzy uwierzą w zdolność Softbanku do rozpoznawania okazji inwestycyjnych i kupią akcję w ofercie publicznej mogą sobie potem pluć w brodę, że dali się wywieść w pole. W końcu to o ich pieniądze walczy japońska spółka.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook