Kranówka? Tylko markowa
Kupowanie butelkowanej wody jest swoistym fenomenem.
Oczywiście odpowiednie nawodnienie organizmu jest kluczowe, ale dlaczego
chcemy płacić za darmową wodę, którą ktoś – zazwyczaj międzynarodowa
korporacja: przeleje w plastik, przewiezie ciężarówką i oryginalnie nam
zareklamuje?
Specjalnie napisałem o plastikowych butelkach, bo z
powodu ogólnoświatowego wzrostu świadomości, postanowiliśmy je uśmiercić
– albo chociaż, ograniczyć. A przecież – historycznie rzecz ujmując – to
właśnie butelki PET umożliwiły szalony rozwój branży, której wielkość szacuje
się obecnie na 130 miliardów dolarów.
Tak więc mamy spore zamieszanie: musimy pić wodę, ale nie
chcemy tej tańszej z kranu. Z kolei poczucie odpowiedzialności za
planetę podpowiada nam, żeby unikać wody w plastikowych butelkach, tym niemniej
możemy się oderwać od marek, które ową wodę dostarczają.
Coca Cola, Pepsi, Danone czy Nestle doskonale sobie zdają
sprawę, że mają lojalnych konsumentów, ale czują ich wahanie. Jeśli akurat
się złożyło, że klientom zależy na kwestiach środowiskowych, to korporacje
też będą dbać o zrównoważony rozwój planety. Albo przynajmniej nam o tym
mówić – poprzez reklamy.
Kwestia sposobu dostarczenia konsumentom wody nie jest
banalna. Największe koncerny boleśnie odczuwają odwrót klientów od
plastiku. Spadki sprzedaży dotknęły każdego liczącego się rynkowego
gracza. Zaoferowanie alternatywnych
opakowań podniosło cenę produktu i co bardziej wrażliwi kupujący, sięgnęli po
produkty tańszych konkurentów. Oczywiście pakowane w plastikowe butelki.
W zaistniałej sytuacji, każdy producent może powiedzieć, że
od teraz będzie się skupiał na produktach wyższej klasy, przeznaczonych dla
bardziej wyrobionej klienteli. Weźmy przykład Nestle. Czy korporacja
przeboleje spadek popytu na Nałęczowiankę, odbijając sobie wzrostem sprzedaży
S.Pellegrino czy Perriera? Nie sądzę, aby takie rozwiązanie
zadowoliło akcjonariuszy.
Cytowany - przez Thomasa Muliera i Corinne Gretler z
Bloomberga - analityk rynku przewiduje, dalszy – nawet bardziej gwałtownych
spadek sprzedaży wody butelkowanej i twierdzi wprost: „Producenci są
narażeni na realne ryzyko związane z ruchem ekologicznym, cieszącym się
poparciem młodego pokolenia. I wiedzą, że muszą coś z tym zrobić”. Mniej
innowacyjne firmy wracają do szkła lub aluminiowych puszek.
Póki co korporacje nie wymyśliły sposobu na odwrócenie
społecznego trendu związanego z dbaniem o środowisko, ale te bardziej przebojowe
postanowiły sprzedać konsumentom wodę, za którą już płacą.
Chodzi o kranówkę.
Warto w tym miejscu nadmienić, że ludzie bardzo
podejrzliwie podchodzą do jakości wody, która płynie z ich własnych kranów.
Każdy słyszał miejskie legendy o zatruciach, ciężkich chorobach i
najróżniejszych powikłaniach, związanych ze spożywaniem kranówki. Jej picie
uważane jest za dziwactwo, ale nikomu nie przeszkadza spożycie tego samego
płynu, tylko z butelki z jakimś rozpoznawalnym logiem. Oczywiście za większe
pieniądze.
Teraz, z powodu spadku sprzedaży wody butelkowanej,
możemy się spodziewać kolejnych ataków na jakość wody z kranu. Pojawią się
zapewne analizy o jej rzekomej długofalowej, ukrytej szkodliwości, która
ujawnia się po kilku dziesięciu latach spożywania.
Doprawdy koncerny zrobią wszystko, żebyśmy nie sięgnęli
po tańszą alternatywę, a jeśli już to z ich pomocą. Pepsi, Nestle, Danone i
Coca Cola testują już specjalne dystrybutory, które będą pobierać
kranówkę, filtrować ją, dodawać – na życzenie klienta – smak lub bąbelki
(lub i to, i to), a następnie przelewać – za dodatkową opłatą – do naszej
butelki. Na pierwszy ogień mają pójść: biura, uczelnie, szpitale, czy inne
lokalizacje użyteczności publicznej.
Doświadczenie podpowiada, że czeka nas niebywały sukces podobnych
urządzeń, które prócz kranówki wezmą jeszcze trochę naszego prądu, aby
przyrządzić nam zdrowy, markowy napój.
Komentarze
Prześlij komentarz