Patriotyzm konsumenta
Patriotyzm konsumencki w zglobalizowanym świecie miał być
zjawiskiem wysłanym do lamusa. Tymczasem nowa fala izolacjonizm
podsycana, miedzy innymi, przez wojnę handlową Waszyngtonu z Pekinem, zmienia
punkt widzenia kupujących. Skoro nasze produkty są tak samo dobre,
jak zagraniczne, to może nie warto wspierać własnymi pieniędzmi cudzej
gospodarki?
W dawnych czasach – starsi czytelnicy może pamiętają -
produkty posiadające etykiety „made in USA” albo „made in Germany” stanowiły
markę samą w sobie. Synonim doskonałego wykonania, niezawodności, czasem długowieczności. Z kolei
towary z Chin, Korei czy Tajwanu, były raczej kojarzone z tanim szmelcem,
zawodnością i podróbkami.
Cóż, globalizacja i przeniesienie centrów produkcyjnych na
daleki Wschód zmieniły perspektywę. Powoli przyzwyczailiśmy się do ubrań
„made in China”. Dziś, w wielu przypadkach, Zachodowi trudno dziś
nadążyć za nowinkami technologicznymi chińskiej czy koreańskiej elektroniki.
Tak więc, zdołaliśmy się już przyzwyczaić, że Daleki Wschód jest poniekąd „fabryką
dla całego świata”.
W mojej ocenie, teraz czekają nas zmiany, które mogą
podważyć nasz świat konsumpcji. Przesunąć środek ciężkości z Zachodu na
Południowo-Wschodnią Azję i zmienić nastawienie producentów co do gustów
kupujących. Ale po kolei.
W latach 80. I 90. XX wieku, amerykańskie i zachodnio
europejskie koncerny na wyścigi otwierały swoje fabryki w Państwie Środka.
Oczywiście liczono na tańszą siłę roboczą. W założeniach chodziło o to,
aby dostarczać produkty na rodzime rynki, ale przy niższych kosztach produkcji,
mając większe zyski. Albo przynajmniej większy margines przychodów, z których
można byłoby zejść, gdyby konkurencja wpadła na podobny pomysł. Chiny w
latach 80. i 90. XX były krajem biednym, ubogich obywateli. Jednak
ewentualny potencjał rynku, z liczbą blisko miliarda konsumentów działał na
wyobraźnię.
Wraz z szalonym wzrostem gospodarczym, rosła siła nabywcza
klientów. Dodatkowo komunistyczna partia, ustami przewodniczącego Deng
Xiaopinga powiedziała swoim obywatelom: „bogaćcie się”. Jednak w sytuacji
gdy Chińczyków było stać na zachodnie produkty – co ironia losu - kupują
własne. Bo patriotyzm, i ograniczenia administracyjne, a na dodatek wojna
handlowa.
Znaczącym katalizatorem zmian wydaje się być Wielka
Recesja. Wówczas zachodni konsumenci w obawie o domowe budżety zmniejszyli
zakupy. Największa fabryka świata zaczęła cierpieć na nadprodukcję. Sposobem
na spadający popy z zagranicy i utrzymanie sprzedaży było otworzenie rynku
wewnętrznego.
Nagle chiński konsument zyskał głos. Lokalni producenci
bez trudu potrafili sprostać zapotrzebowaniu i gustom. Postawa patriotyzmu
przy zakupach jest bardzo istotną cechą, która powoduje, że nabywca jest
dumny ze wspierania rodzimej produkcji, bo jest pewny, że jego wybór
sprzyja dalszemu rozwojowi kraju.
Ktoś może zarzucić, że chińskie władze, które nagle odkryły,
że społeczeństwo może się bogacić i obrastać towarami, nadzoruje nastroje i
sztucznie dostosowuje podaż. Czasami Chińczycy wybierają rodzime marki, bo
są lepsze i lokalne, ale w wielu przypadkach nie mają innego wyjścia, bo
działalność zagranicznych konkurentów jest ograniczana prawem.
Tymczasem nie sposób nie dostrzec – w tym kontekście – jak bardzo
wojna handlowa Trumpa wzmocniła chińskich konsumentów. Teraz kupowanie
chińskich produktów to sprawa honorowa. Amerykańscy producenci,
nawet Ci, którzy mają fabryki w Chinach przeżywają trudne czasy. Niektórzy jak
na przykład General Motors, który już teraz ma większe dochody z rynku
chińskiego, boją się bojkotu.
Zresztą wojna o chiński rząd dusz już jest przegrana.
Rodzime spółki stanowią połowę marek świadomie kupowanych przez Chińczyków. Z pierwszej
dziesiątki wypadły Apple i Nike. Na szczycie popularności jest Alibaba i
Huawei. Co więcej, na liście znajdują się firmy, o których my, Europejczycy
nigdy nie słyszeliśmy, a które mają więcej klientów niż populacja naszego
kontynentu.
Do czego może prowadzić przebudzenie chińskiego konsumenta?
Do tej pory Zachód, a szczególnie Stany Zjednoczone, sprawowały
nad światem tak zwaną miękką władzę. Oznacza, to że wszyscy zachwycaliśmy
się amerykańskimi ubraniami, muzyką, książkami i filmami. W skrócie, światowi
producenci starali się w pierwszej kolejności zaspokoić gusta konsumentów ze
Stanów Zjednoczonych i Europy Zachodniej.
Gdy siła nabywcza Chińczyków wzrośnie jeszcze bardziej,
to będziemy mogli zauważyć odwrócenie tego trendu. Wówczas nie tylko
chińscy producenci będą oferować swoim bogatym rodakom produkty skrojone pod
ich gusta. Również zachodni producenci, w pierwszej kolejności, będą chcieli
pozyskać pieniądze chińskich i wschodnioazjatyckich nabywców. Dodatkowo na
korzyść Azji działa skala rynku i demografia.
Hollywoodzki hit kinowy obejrzy pewnie ze 300 milionów
widzów na Zachodzie, chiński blockbuster może mieć przynajmniej dwukrotnie
większą widownię lokalnie? Podobnie z książkami, albumami muzycznymi czy
ubraniami. Prawdziwy przełom nastąpi, gdy kurs na Chiny obiorą marki luksusowe.
Do tej pory chińska administracja była wyjątkowo
wyrozumiała dla zachodnich koncernów i krzewionych przez nie wartości. W
myśl zasady, że można prowadzić biznes w Państwie Środka, o ile nie narusza
się wewnętrznych zasad. Kto za bardzo głosował za demokracją, prawami
człowieka czy poszanowaniu praw mniejszości, nie mógł prowadzić działalności w
Chinach, a jego produkty czy usługi nie były tam znane.
Teraz Pekin znalazł nowy bat na niepokornych
zagranicznych producentów: stosunek do Hongkongu. Póki co karani są Ci,
którzy otwarcie wspierają rebelię w byłej brytyjskiej kolonii. Wystarczy kilka
dni hejtu w internecie, żeby spadała sprzedaż. Oczywiście zawsze można przeprosić
Chińczyków za błędy i prosić o wybaczenie.
Nie trudno sobie wyobrazić, w nieodległej przyszłości, że Chińczycy
mogą zażądać od zagranicznych koncernów deklaracji lojalności. Bardzo
jestem ciekawy co wybiorą międzynarodowe korporacje: dostęp do
wielomiliardowego rynku czy zachodnie wartości?
Komentarze
Prześlij komentarz