Przyszłość rynku pracy
Obserwatorzy rynku zatrudnienia są zgodni, że nadchodzące
dekady przyniosą spore przetasowania. Sztuczna inteligencja, algorytmy,
nauczanie maszynowe, roboty, to są wszystko realne zagrożenia - ale też szanse - dla przyszłych miejsc pracy.
Wiemy już, że nowoczesne technologie osiągnęły w wielu
dziedzinach zdolność wykonywania zadań na podobnym poziomie co człowiek, a
w niektórych sytuacjach nawet prześcigają swojego białkowego odpowiednika.
Maszyny zajmują się produkcją, prawdopodobnie wkrótce przejmą diagnostykę
medyczną, ocenę zdolności kredytowych, obsługę transakcji giełdowych czy
przygotowywanie pisma prawniczych. Czynności, które wymieniłem – a jest ich
przecież więcej, są już teraz wykonywane sprawniej, taniej i dokładniej
przez maszyny, niż przez ludzi.
Dla wielu osób jest to sygnał nadciągających zmian.
Nieodwracalnych i niszczących. Pesymiści uważają, że będziemy jak konie na
początku XX wieku, wszędzie potrzebne i nieodzowne, ale wraz z rozpowszechnieniem samochodów - zbędne i
przeznaczone jedynie do rekreacji.
Optymiści odtwarzają przeszłe zmiany strukturalne na
rynku pracy, jak rewolucja przemysłowa czy industrializacja, a następnie na
ich podstawie, snują śmiałe wizje, kolejnych przyszłościowych sektorów
gospodarki, które jak przemysł po rolnictwie, a potem usługi po przemyśle,
przyniosą rzeszy ludzi upragnioną – i potrzebną dla rozwoju osobistego i
społecznego – pracę.
Podstawowym orężem w rękach pesymistów stał się tak zwany
raport oksfordzki z 2013 roku, którego autorzy – biorąc pod uwagę trendy
zmian w zatrudnianiu – oszacowali kształt amerykańskiego rynku pracy w
okolicach 2030 roku. Publikację o znikaniu zawodów okraszono szokującymi
liczbami. Co więcej, najbardziej zapalczywi defetyści zaczęli snuć wizje
wprowadzenia bezwarunkowego dochodu podstawowego, który ma uratować
tankę społeczną oraz konsumpcyjny styl życia w świecie bez pracy.
Opinia publiczna łyknęła przynętę, temat stał się nośny.
Apokaliptyczne urojenia pesymistów zostały zaatakowane przez optymistów,
którzy jednoznacznie odrzucili utopijne wizje, przyrównując je szaleństwa
luddystów. Postęp zawsze służył ludzkości. Tak będzie i teraz.
Na katastroficzne wizje, wieszczących zagrożenie zmianami
technologicznymi, entuzjaści postępu odpowiedzieli uspakajającymi
raportami, w których można przeczytać, że zmiany są powolne,
niejednoznaczne, a dobre przygotowanie do pracy przyszłości oraz ciągłe
przekwalifikowywanie się pod pożądane umiejętności zapewni wszystkim chętnym
ciągłość zatrudnienia (vide ostatnie publikacje Światowego Forum
Ekonomicznego).
Warto zwrócić uwagę, że zarówno optymiści – jak i
pesymiści – nie mają w swoim arsenale szklanej kuli, w której można byłoby
przyjrzeć się przyszłości. Obie strony obserwują tą samą przeszłość i na
jej podstawie szacują prawdopodobieństwo pewnych zdarzeń, które nas czekają. Niestety
przepowiadanie przyszłości nie należy do najmocniejszych cech naszego gatunku.
Można powiedzieć, że jesteśmy w tym zakresie gorzej niż słabi. Wystarczy
prześledzić sprawdzalność prognoz pogody czy analizy zachowania akcji na
giełdzie.
Nie twierdzę, że nie należy próbować. Planowane przyszłości,
która nie nadejdzie, to prawdopodobnie jedno z lepszych ćwiczeń dla naszego
mózgu.
W tym kontekście, w połowie listopada, ukazała się ciekawa
analiza Michaela Webba, doktora z Uniwersytetu Stanforda, „Wpływ Sztucznej
Inteligencji na Rynek Pracy”.
Link. https://papers.ssrn.com/sol3/papers.cfm?abstract_id=3482150
Link. https://papers.ssrn.com/sol3/papers.cfm?abstract_id=3482150
Autor publikacji – również zmęczony kakofonią
„ekspertów” na temat przyszłości zatrudnienia – zestawił ze sobą opisy stanowisk
pracy (z bazy Departamentu Pracy) z tekstami patentów związanych ze
sztuczną inteligencją. W ten sposób jego rozwiązanie nie jest oparte o
czcze przekonania, ale o statystyczne skojarzenia między obu źródłami danych.
Celem zastosowanej metody było znalezienie sposobu ilościowego określania
zawodów narażonych przez rozwój technologii.
Dla potrzeb analizy Webb uznaje sztuczną inteligencję
– pojęcie dość pojemne - za programowanie komputerów do wykonania czynności,
które wymagały by ludzkiej inteligencji, a więc; planowania, uczenia się,
rozumowania, rozwiązywania problemów czy przewidywania. W tym sensie odróżnia
SI od prostszej automatyzacji procedur.
Dla wielu obserwatorów rynku pracy – i zmian jakie na nim
zachodzą – nie będzie odkrywcze stwierdzenie, że zmiany technologiczne dybią
na wszystkie posady. Od pracy przy taśmach produkcyjnych po stanowiska
wysoko wyspecjalizowane, wymagające wyższego wykształcenia. Pierwszym zagraża
automatyzacja, drugim – sztuczna inteligencja.
Webba interesują wykształceni profesjonaliści, którzy –
według jego badań – są bardziej narażeni na utratę pracy – cztery do pięciu
razy – niż osoby z wykształceniem średnim. Co za tym idzie, rozwój sztucznej
inteligencji bardziej dotknie zawody związane z pracą analityczną, z wielkich
miast, niż małe zakłady produkcyjne na prowincji.
Wnioski wydają się w miarę oczywiste, ale jednak –
oparte na analizie ilościowej – dają większą naukową podbudowę. Zresztą przez wiele lat,
przy postępującej automatyzacji, eksperci rynku pracy uważali, że zawody,
wymagające wiedzy specjalistycznej (popartej dyplomami uczelni) są
bezpieczne i przyszłościowe.
W kontekście wyników publikacji Webba, pomysł na masowe
przekwalifikowywanie pracowników,
aby sprostali wyzwaniom przyszłości, czy bezrefleksyjne dążenie do
podniesienia wszystkim wykształcenia – co najmniej do poziomu licencjata – może
nie być najlepszą drogą do ochrony bieżących miejsc pracy.
Komentarze
Prześlij komentarz