Zmierzch wyższego wykształcenia?


Kiedyś droga do dobrze płatnego stanowiska była prostsza. Wystarczyło skończyć dobrą szkołę średnią, dostać się na uniwersytet, wytrzymać rygor studenckiego życia i otrzymać dyplom, a potem przebierać w ofertach pracy.

Oczywiście były bardziej i mniej perspektywiczne kierunki studiów, niektórzy specjaliści bez wyższego wykształcenia zarabiali większe pieniądze, niż absolwenci nawet najbardziej renomowanych uczelni, ale chodzi mi bardziej o wartości średnie dla całej populacji, niż porównywanie przypadków skrajnych.

W obecnych czasach, gdy studiowanie stało się bardziej powszechne, a niektórzy pracodawcy nie wyobrażają sobie, aby zatrudnione w ich przedsiębiorstwie sprzątaczki nie władały biegle trzema językami i nie miały skończonych dwóch fakultetów, sprawy nieco się skomplikowały.

Spopularyzowanie wyższego wykształcenia powoduje, że studenci, którzy marzą o świetlanej przyszłości – a nie posiadają rodowego majątku, który pomógłby im się utrzymać, czy rodzinnej firmy, którą mogliby pokierować – aby się wyróżnić, próbują swoich sił na najbardziej prestiżowych (i drogich) uczelniach. Szczególnie te najbardziej renomowane, wydają się dawać przepustkę do lepszego świata, w którym można otrzymać stałą pracę, a wypłata starcza na coś więcej niż czynsz i zapełnienie lodówki.

Niestety, poprawa swoich szans na rynku pracy ma swoją cenę. Jeśli nie ma się odziedziczonej fortuny, trzeba skorzystać z kredytu studenckiego. Tyle, że kilkanaście tysięcy dolarów czy funtów długu na start - a przewiduje się, że do 2025 roku, niektóre kierunki studiów na amerykańskich college’ach będą kosztowały ponad 100 tysięcy dolarów za rok - mogą być prawdziwą kulą u nogi.

Tym bardziej, że coraz częściej sami pracodawcy – w tym Tim Cook (szef Apple’a) czy Barbara Humpton (prezes Siemens USA) – uważają, że nie potrzebują pracowników z wyższym wykształceniem.

Na przykład, już teraz połowa pracowników Apple’a ma wykształcenia niższe od magistra, i nie chodzi o osoby odpowiedzialne za kontakt z klientem w jako sprzedawcy w jabłczanych sklepach. Tim Cook uważa, że większość uczelni nie jest w stanie przekazać wiedzy, która będzie potrzebna młodym ludziom w rozwijaniu ich kariery, a tym bardziej nie potrafi zapewnić umiejętności, które mogą być kluczowe dla przedsiębiorców. Jak choćby programowanie.

Dla podtrzymania tezy o braku konieczności posiadania dyplomu uczelni, Tim  Cook zwracał uwagę na fakt, że Apple zostało założone przez osoby, które porzuciły studia i osiągnęły sukces, bo – tu cytat – „starały się cały czas poszerzać horyzonty”.

Tak na marginesie, to już kolejna wycieczka słowna prezesa Apple’a w kierunku jakości amerykańskich uczelni. Swojego czasu Cook wychwalał poziom i dostępność wysokiej klasy specjalistów na przykład w Chinach w stosunku do oferty lokalnej. Podobno wszyscy amerykańscy spece od sztucznej inteligencji zmieściliby się w jednej szkolnej salce, a chińskimi profesjonalistami można by wypełnić aż trzy stadiony piłkarskie (chodziło pewnie o trybuny stadionów futbolowego). Podejrzewam, że szef Apple’a, który na co dzień musi patrzeć na świat przez pryzmat firmowego budżetu, chodziło też pewnie o koszt pozyskania ekspertów. Ci amerykańscy byliby znacznie drożsi.

Barbara Humpton wtóruje Cookowi, gdy mowa o wyższym wykształceniu. Ona również uważa, że skończenie czteroletnich studiów nie jest już przewagą w jej firmie. Wprawdzie duża cześć stanowisk w amerykańskim Siemensie jest obsadzana przez absolwentów uczelni, ale wynika to podobno z nastawienia samych rekrutrów, którym wydaje się, że tacy pracownicy będą bardziej perspektywiczni. Podobno znaczną część oferowanych stanowisk nie wymaga dyplomów uniwersyteckich. Ponadto – co istotne - absolwenci uczelni, z racji posiadanego długu w postaci kredytu studenckiego,  oczekują wyższych wynagrodzeń.

Niedawno LinkedIn zrobił analizę dostępnych mu danych, z której wynikało, że spółki technologiczne - pokroju Apple’a czy Google’a – szukają na rynku pracy kompetencji. Sprawa wykształcenia jest drugorzędna. Jeśli kandydat ma wymagane umiejętności, otrzyma zatrudnienie nawet jeśli nie skończył studiów, lub doszedł tylko do poziomu licencjata.
Dane zaczerpnięte z amerykańskiego Biura Statystyk Pracy oraz Departamentu Edukacji, przez Allanę Akhtar z Business Insidera, wydają się częściowo potwierdzać spostrzeżenia szefów korporacji.

Przede wszystkim wyższe wykształcenie nie gwarantuje już znalezienia odpowiednio płatnej pracy i wskoczenia do klasy średniej. Choć nadal chroni przed ubóstwem. Już sam tytuł licencjata – dwuletnie studia – daje zarobki wyższe o blisko 1000 dolarów tygodniowo, niż rynkowa mediana. 

Niestety wysoki koszt studiowania powoduje, że tylko 42% studentów drugiego roku opuszcza uczelnie z dyplomem licencjackim lub magisterskim. Z kolei śledząc losy absolwentów, widać wyraźnie, że część z nich nie może znaleźć zatrudnienia lub podejmuje się prac, których wykonywanie nie wymagało od nich uzyskanych stopni naukowych.

Prawdopodobnie szefowie korporacji dostrzegają, że nie mają już pracy, którą mogą zaoferować absolwentom uczelni i starają się ograniczyć oczekiwania młodych ludzi. Z drugiej strony podtrzymywany przez dekady mit, iż wyższe wykształcenie daje lepszy start w życie, powoduje że uczelnie są oblegane przez studentów, nawet gdy bronią się podwyższając czesne.

Być może jakimś wyjściem byłoby pozostawienie na uniwersytetach skromnej puli miejsc, dla chętnych, którzy pragnących rozwijać się akademicko i poszerzać horyzonty wiedzy.

Z kolei wąskie kształcenie zawodowe i techniczne pozostawić korporacjom, które utworzyłyby swoje szkoły i w ich ramach wpajały chętnym niezbędne z ich punktu widzenia kompetencje i umiejętności.

No tak, ale to wymagałoby bardzo utylitarystycznego podejścia, na które pracodawcy nie mają ochoty wydawać pieniędzy. Łatwiej marudzić, że uczelnie nie przygotowują do prawdziwego życia.

Niestety takie rozwiązanie spychałoby nas o kilka dziesięcioleci w przeszłość, gdy posiadane tytułu naukowego było nobilitacją i z góry określało pozycję społeczną. Tymczasem znakomita większość  społeczeństwa miała by tylko wąska wiedzę techniczną, skrojoną pod bardzo wyjątkowe żądania korporacji, na dodatek – w perspektywie czasu – łatwą do zastąpienia przez automaty.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook