Charytatywni jak miliarderzy
Czołowi pretendenci do fotela prezydenckiego z ramienia
partii Demokratycznej zwracają uwagę na rosnące nierówności w Stanach
Zjednoczonych. Stagnacja realnych zarobków, przy rosnących kosztach
mieszkań, edukacji czy opieki medycznej powoduje, że ubywa przedstawicieli
amerykańskiej klasy średniej. Aby zapobiec dalszemu rozwarstwieniu społecznemu
i pozyskać środki do budżetu, na wyrównywanie szans, a więc szeroki dostęp do
służby zdrowia, darmowe szkolnictwo wyższe czy utrzymywanie krajowej
infrastruktury, politycy proponują wprowadzenie 1% lub 2% podatku od
zgromadzonych majątków powyżej 50 milionów dolarów.
Oczywiście, tego typu propozycje nie mogły pozostać bez
echa. Krytyka zamierzeń Berniego Sandersa, Elizabeth Warren czy
Andrew Yanga, przyszła nawet ze strony byłego prezydenta, Baracka Obamy,
który przestrzega demokratycznych wyborców przed oddawaniem głosów na zbyt
radykalnych polityków.
Popularność „radykałów” od podwyższania podatków
najbogatszym, upowszechnienia służby zdrowia czy darmowej wyższej edukacji
spowodowała, że po niemal rok trwających przedbiegach, do wyścigu o
nominację włączył się miliarder Michael Bloomberg. Dla wielu obserwatorów
amerykańskiej sceny politycznej, będzie
on doskonałą przeciwwagą dla obecnego prezydenta miliardera, Donalda Trumpa.
Zanim jednak Bloomber ogłosił chęć startu w wyborach, zależne
od niego media zaczęły dyskredytować propozycje opodatkowania najbogatszych
Amerykanów. Według krążących po internecie informacji – sygnowanych przez
agencję Bloomberga – podnoszenie podatków milionerom i miliarderom
doprowadzi do zaniku amerykańskiej filantropii.
Skoro padł argument o załamaniu akcji charytatywnych, głos
zabrał Gabriel Zucman, ekonomista z uniwersytetu w Berkeley, jeden ze
światowych rzeczników – prócz Emmanuela Saeza i Thomasa Piketty’ego – podatku
majątkowego dla najzamożniejszych obywateli.
Wykorzystał on listę najbogatszych Amerykanów z
zeszłorocznego Forbesa, a następnie zestawił z faktycznymi (a nie
zadeklarowanymi) wydatkami na cele dobroczynne. Szybko okazało się, że średnia
dla 20 najbogatszych obywateli Stanów Zjednoczonych wynosi zaledwie 0,8%
majątku przeznaczonego na cele charytatywne, przy czym ton nadaje dwóch
miliarderów – Warren Buffet (3,9%) i Bill Gates (2,6%) znacznie zawyżając
przeciętną.
10 na 20 superbogaczy – w tym Jeff Bezos – wydało
na cele dobroczynne zaledwie 0,1% swojego majątku. To naprawdę skromny
procent w stosunku do podatkowej propozycji Demokratów.
Pokazanie faktycznej skali wsparcia miliarderów dla
inicjatyw filantropijnych, było siarczystym policzkiem. Niemal od razu po
opublikowaniu zestawienia, na Zucmana posypały się gromy. Po pierwsze,
że porównuje całą skalę majątku do rocznych wpłat, a powinien roczne przychody
z majątku do przekazanych kwot (argument chybiony, bo podatek majątkowy będzie
naliczany od wartości majątku, a nie od wysokości przychodów z majątku). Po
drugie, że nie bierze pod uwagę, iż niektórzy miliarderzy przekazali większe
darowizny we wcześniejszych latach niż w 2018 roku. Czy wreszcie, że nie
uwzględnił przekazów na fundacje charytatywne w formie udziałów.
Fala zarzutów wobec Zucmana, nie podważa sensu jego
działania. Pokazał on czarno-na-białym, że miliarderzy mają usta pełne
frazesów, ale faktyczna skala ich działań dobroczynnych jest skromna.
Zwłaszcza w kontekście propozycji podatku majątkowego Demokratów.
Zamiast chodzić do telewizji - sam Mark Zuckerberg
(przekazał 0,7% swojego majątku na filantropię w 2018) pofatygował się do
Fox News - i straszyć, że podatek majątkowy uderzy w beneficjentów działalności
charytatywnej, lepiej byłoby zwiększyć poziom darowizn, aby argument o
zaangażowaniu najbogatszych miał jakiekolwiek podstawy.
Chyba, że Michael Bloomberg uratuje sytuację i nie wprowadzi
żadnych zmian podatkowych, czyli – in Michael We Trust. A jak nie, to
zawsze pozostaje Donald.
Komentarze
Prześlij komentarz