W cieniu dobrych wskaźników
W Stanach Zjednoczonych koniunktura gospodarcza sprzyja
powstawaniu nowych miejsc pracy. Stopa bezrobocia – 3,5%, która
akurat niewiele mówi o problemach z zatrudnieniem (z powodu swojej
konstrukcji), jest na najniższym poziomie od półwieku. Swój rekord – na razie
tylko sześcioletni – bije też partycypacja siły roboczej, obecnie na
poziomie 63,2%, a więc odsetek osób w wieku produkcyjnym, które faktycznie
znajdują zatrudnienie. Mimo korzystnych danych makro, ekonomistów niepokoi
struktura amerykańskiego rynku pracy, jak również trendy, które go kształtują.
Zacznijmy od tego, że 53 miliony Amerykanów, co
stanowi 1/3 zasobów siły roboczej, szacowanej na ponad 164 miliony osób, otrzymuje
bardzo niskie wynagrodzenia – średnio nieco ponad 10 dolarów za godzinę, co
daje roczne zarobki w okolicach 18 tysięcy dolarów. Są to zarobki, które można
– w naszych warunkach – uznać, za płacę minimalną.
Najwięcej nisko płatnych miejsc pracy generuje: transport
(kierowcy ciężarówek i kurierzy) – około 6,2 miliona stanowisk, gastronomia
(przygotowywanie i serwowanie posiłków) ponad 5 milionów oraz handel
– 4,5 miliona. Dziesięć grup zawodów skupia blisko połowę wszystkich osób z
niskimi zarobkami.
Istnienie dużej ilości prac niskopłatnych nie jest – samo
w sobie –zjawiskiem złym. Stanowiska dla osób z wykształceniem zawodowym
czy średnim, też są potrzebne. Niskie wynagrodzenia towarzyszą zajęciom,
wymagającym małej wiedzy czy niewielkich umiejętności i doświadczenia. Często
są to – tak zwane – prace na start. Statystyka jest w tym względzie
nieubłagana. Nie ma takiej możliwości, aby całe społeczeństwo zarabiało powyżej
wymarzonej średniej. To zrozumiałe.
Tymczasem autorzy raportu, opisującego bieżące trendy
amerykańskiego rynku pracy – z The Brooking Institution (TBI) – zwracają
uwagę, że mimo rewelacyjnych danych z gospodarki, generującej nowe miejsca
pracy, większość z nich powstaje w
sektorach, w których zarobki już teraz są na niskim poziomie.
Co więcej, badania wskazują,
że pracownicy z niskim uposażeniem (10 do 15 dolarów za godzinę) mają
50% szans, że poprawią swoją sytuację materialną – przeskoczą do wyżej
grupy zarobków (16 do 19 dolarów) – przy zmianie miejsca zatrudnienia.
Zresztą dostanie się na wyższy
szczebel drabinki płacowej niczego nie gwarantuje. Autorzy zauważyli, że
osoby zarabiające od 16 do 24 dolarów – przy zmianie pracy – w 46-ciu na 100
przypadków, muszą się liczyć ze … zmniejszeniem pensji.
Oba wyżej wymienione zjawiska
powodują, że część ludzi o niskich zarobkach znajduje się w swoistej pułapce.
Biorą pracę, jaka się nadarzy, nie szukają nowej, bo nie ma gwarancji, że
zmiana będzie się wiązała z wyższą pensją. Trudno mówić w takiej sytuacji o
zdrowym rynku pracy, skoro ludzie są przywiązani do stanowisk, bo boją się
pogorszyć swój status materialny.
Na dodatek, co zauważają autorzy publikacji TBI - Escobari, Seyal i Meaney, zarówno branże gospodarki, które się
rozwijają, jak te kurczące się, generują miejsca pracy o niskich zarobkach.
Zaś w kontekście automatyzacji i zastępowania prostych, powtarzających
się czynności, pracą maszyn, dostępne stanowiska dla osób o mniejszych
umiejętnościach, wiedzy i doświadczaniu, będą się wiązały z niższym uposażeniem.
Oczywiście, ponieważ masowe
zagrożenie miejsc pracy przez automatyzację, jest wciąż postrzegane w
kontekście przyszłości, brak więc rozwiązań systemowych, które
pomogłyby osobom z podstawowym czy średnim wykształceniem przebranżowić się,
aby móc szukać lepiej płatnych zajęć. Wiara w moc samoregulującego się rynku
sprawia, że liczymy iż dzięki determinacji i poświęceniu bardziej przedsiębiorczych
jednostek, uda im się osiągnąć wyższy poziom zarobków czy awansować społecznie do
klasy wyżej.
Komentarze
Prześlij komentarz