Czy startupy wyniosą się z Doliny Krzemowej?


Powszechnie wiadomo, że najlepszym miejscem na świecie do założenia firmy technologicznej jest amerykańska Dolina Krzemowa i – szerzej – okolica Zatoki San Francisco. To tutaj pierwsze kroki stawiały Facebook, Airbnb czy Uber. Palo Alto, Cupertino, czy Mountain View wciąż wydają się doskonałymi - i rozpoznawalnymi – adresami, pod którymi warto zakładać przedsiębiorstwa, które mają – w swoim założeniu – podbić świat i zmienić rynkowe reguły gry.

Być może – jak przekonuje Walter Frick z Quartza – do czasu.

Wspomniana już Dolina jest nie tylko mekką dla startupów, chcących zostać jednorożcami. To przede wszystkim lokalizacja największych spółek technologicznych, które na przestrzeni ostatniej dekady stały się gigantami w swoich branżach, na przykład Google, Netflix czy Facebook. Czy też tych nieco starszych jak Apple oraz Microsoft.

Skoro w tym samym miejscu działają – zatrudniające tysiące wykwalifikowanych i ,co najważniejsze wysoko opłacanych specjalistów - molochy oraz skromne, kilkuosobowe zespoły, mające dopiero mglistą wizją na przyszłość, zasadne staje się pytanie: czy startupy są w stanie przyciągnąć do siebie talenty, potrzebne do zrealizowania ich pomysłów?

Wydaje się, że klasyczny model budowania startupów, które szukały odważnych i zdolnych programistów - a następnie oferowały: nieformalną strukturę firmowej hierarchii, konkurencyjne wynagrodzenia (często powiązane z zachętą w formie udziałów w zyskach), atrakcyjne dodatki do pensji (urlopy, ubezpieczenia) oraz luźną kulturę organizacji, szczególnie w porównaniu ze sztywnymi korporacjami, warunki pracy – powoli przechodzi do lamusa.

Rzeczywistość uległa dużej zmianie, właśnie z powodu dużych korporacji technologicznych, które nie tylko przechwyciły większość rozwiązań socjalnych i organizacyjnych – oferowanych przez mniejsze organizacje – ale przede wszystkim polały wszystko grubą warstwą kasy - z małym dodatkiem w postaci prestiżu pracowania dla cyfrowego giganta.

Dość powiedzieć, że średnie wynagrodzenie programisty (developera) w Google'u wynosi ponad 160 tysięcy dolarów rocznie. I naprawdę trudno sobie wyobrazić perspektywę rozwojową startupu, który były w stanie zaoferować podobnej wielkości pensję. A przecież - z racji ryzyka zatrudniania się w młodej organizacji - powinien google’oskie uposażenie co najmniej podwoić.
Poziom wynagrodzeń to tylko jedna kwestia działająca na niekorzyść startupów. Drugą jest oferowanie opcji na akcję.

Tu znów górą są technogiganci, bo opcja na udziały w Facebooku czy Google’u  to jednak inny kaliber zachęty, niż w przypadku projektu XYZ, którego szanse powodzenia wynoszą w najlepszym razie około 1%. Wprawdzie, gdy się powiedzie i startup zostanie oligopolistą w swojej branży, zyski będą niebotyczne, ale ryzyko jest olbrzymie.

Na koniec jest jeszcze jedno zagrożenie pracy w startupie, które akurat z punktu widzenia właścicieli może być najlepszym rozwiązaniem, a więc przejęcie przez technologicznego giganta we wczesnej fazie rozwoju. Wówczas udziałowcy dostają sowite bonusy, a ekipę programistów czeka – w najlepszym razie – fuzja ze strukturami korporacyjnymi.

Reasumując, w kwestii: uposażeń, premii, prestiżu oraz gwarancji zatrudnienia startupy nie mają szans na realną konkurencję z korporacjami w Dolinie Krzemowej.

Być może jakimś wyjściem na zwabienie talentów byłoby przeniesienie się w inne, równie atrakcyjne miejsce (tylko nie do Seattle – bo tam straszy Amazon) albo oferowanie pracy zdalnej lub w mniejszym wymiarze czasu za te same pieniądze (czterodniowy tydzień pracy).
Wydaje się, że wiąż dużą przewagą startupów jest ich kultura organizacyjna, wolna od korporacyjnego reżimu, skoncentrowana na indywidualnych pracownikach i ich potrzebach,  pielęgnująca różnorodności czy stawiająca na mentoring i rozwój.

Można też liczyć na recesję i – nieodzowne w takim wypadku – redukcje zatrudnienia, wówczas problem braku talentów, czy ich wygórowanych żądań płacowych, rozwiąże się sam.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook