Jak wybrukować piekło dobrymi intencjami
Być może zaskoczy Was fakt, że w Stanach Zjednoczonych
– mimo, że formalnie nie ma przepisów prawa pracy – istnieje szereg
regulacji stanowych, które dbają o stosunki na linii pracodawca – pracownik.
I nie mówię tu o wywalczonych przez branżowych związkowców przywilejach,
dostępnych tylko zatrudnionym w danym sektorze.
Na przykład, w obawie przed zwolnieniami grupowi wprowadzono
w 1988 ustawę o wdzięcznej nazwie Worker Adjustment and Retaining
Notofication (Zawiadomienie o dostosowaniu i przekwalifikowaniu pracownika – w skrócie
WARN). Na mocy wspomnianego wyżej aktu prawnego każdy pracodawca, który
chciałby przeprowadzić zwolnienia zbiorowe – czyli pozbyć się 1/3 załogi
lub ponad 500 osób - musi wcześniej wysłać zatrudnionym informację o swoich zamierzeniach.
Mają na to od 60 do 90 dni.
Oczywiście, ponieważ Ameryka to jak wiadomo kraj wolności, tylko
11 z 50 stanów przyjęło rozwiązania WARN, dodatkowe dwa zgodziły się na
warunki częściowe. Legislacja pochodziła jeszcze z czasów „późnego Reagana”,
który nie mógł sprzeciwić się demokratycznej większości w senacie, ale ustawy formalnie
nie podpisał.
Wkrótce okazało się, że administracja prezydencka
dopatrzyła się: niejednoznaczności definicji, braku kluczowych zapisów (regulujących
obowiązki pracodawcy i mitygujących ewentualne roszczenia pracowników), a
także poważnych ograniczeń swobody działalności gospodarczej. Nawet ostatni
demokratyczny lokator Białego Domu, nie przyłożył swojej ręki do
rozpowszechnienia ustawy, stwierdzając, że zapisy ustawy zbytnio wiązałyby
ręce nawet federalnym instytucjom, i odradził ich stosowania w
administracji krajowej.
Dlaczego piszę o ułomnym przepisie prawnym, który powstał
– co za zdolność do przewidywania – na dekadę przed najtrudniejszymi kryzysami
gospodarczymi: upadkiem dot-comów, ataków terrorystycznych z 11 września
czy Wielkiej Recesji lat 2008-9?
Wydaje mi się, że jest on kwintesencją myślenia
życzeniowego ery neoliberalnej. Jeśli coś zapiszemy w postaci prawa, to
wszyscy będą się do niego stosować. Nikt nie będzie tego kwestionował - bo
przecież intencje oraz kierunek nadany przez legislatorów jest słuszny – przepisów,
promujących propracownicze, a nawet proludzkie zachowanie. Okazuje się, że nic
bardziej mylnego.
Wraz z pojawieniem się koronawirusa administracje niemal
wszystkich krajów dosięgnęła gorączka legislacyjna. Każdy rząd czy
parlament kreślili na kolanie wytyczne, które miały – w ich mniemaniu – zabezpieczyć
obywateli przed skutkami śmiercionośnego zagrożenia. Można oczywiście
pochwalić atawistyczną chęć chronienia życia, ale jak to z każdym działaniem
w pośpiechu, czegoś tam nie dopatrzono, czyjegoś istotnego głosu nie
uwzględniono, o niektórych przepisach, które będą stały w sprzeczności z
nowymi - zapomniano.
Państwowe administracje odpowiedziały na lęk swoich
obywateli – mniej lub bardziej opieszale – ale szybko i jednoznacznie.
Zamknięto niemal wszystko jak leci, upchnięto kogo się dało po domach – zostawiając
tylko najpotrzebniejsze służby - i zaczęło się narodowe odliczanie: ile nowych,
ilu zmarło, jak wiele testów. I porównywanie – czy u nas więcej, a może mniej niż u sąsiadów czy innych punktów
odniesienia.
Szybko się jednak okazało, że lęk obywateli nie jest równy.
Inaczej boją się pracownicy służby zdrowia, sprzedawcy w marketach czy kurierzy,
jeszcze inaczej osoby pracujące dorywczo lub na umowach śmieciowych czy etatowcy
mogący pracować zdalnie, a już zupełnie inaczej pracodawcy.
Powiedzmy sobie szczerze, że strach tych ostatnich jest
najbardziej interesujący i przeważy nad kształtem świata, który nastąpi w
trakcie wychodzenia z pandemii i po niej. A reakcja pracodawców była zdecydowanie
szybsza i bardziej nieprzemyślana niż gorączka legislatorów.
W przypadku Stanów Zjednoczonych odwieszono wszystkie terminy
działania ustawy WARN, w efekcie w stanach - gdzie obowiązywała - całe załogi
dostawały natychmiastowe wypowiedzenia, często ludzie byli zwalniani do domów,
a dopiero potem dostawali mailem informację o wypowiedzeniu. I nie mówię tu o osobach
na umowach śmieciowych, tymczasowych czy będących na kontraktach. W pośpiechu –
w obawie o koniunkturę – na bruku wylądowali też etatowcy.
Efekty?
Najwyższy w historii wzrost wniosków o świadczenia dla
bezrobotnych. Nagle z tygodnia na tydzień normalny poziom - oscylujący
wokół 300 tysięcy - podniósł się jedenastokrotnie. Po kolejnych siedmiu dniach podskoczył
o 100%. W sumie po czterech tygodniach na przełomie marca i kwietnia Stany Zjednoczone
mają 22 miliony osób bez pracy, utrzymujących się z zasiłków.
Czy to dużo? Tak, bo w czasie najgorszej – do tej pory
– Wielkiej Recesji ilość wypełnianych co tydzień wniosków wynosiła około 700
tysięcy (obecnie oscyluje wokół 6ciu milionów). Dodatkowo kryzys z lat 2008-9 –
który trwał ponad rok - podniósł ilość
bezrobotnych o 8 milionów. Wówczas, w najgorszych miesiącach bez pracy
pozostawało nawet 16 milionów Amerykanów.
Dziś wiemy, że zatrudnienia nie mają 22 miliony obywateli
Stanów Zjednoczonych, a nie znamy jeszcze kolejnych odczytów – dane są
ogłaszane w każdy czwartek. Na dodatek, żeby starać się o zasiłek trzeba spełnić
bardzo określone kryteria. Dlatego pełna liczba osób, które szukają pracy
może być znacznie wyższa.
Dlaczego piszę o odległych Stanach Zjednoczonych, a
nie o dobrze radzących sobie Niemczech czy naszym rodzimym podwórku? Przede
wszystkim dlatego, że zmiany które nastąpią w Ameryce odczuje cały świat.
Ponadto Stany Zjednoczone dobrze pokazują jak wygląda działanie przestrasznych
przedsiębiorców, którzy w ogóle nie liczą się z pracownikami, nie mają odpowiednich
rozwiązań, które w ramach kryzysu nie powstrzymałyby przed „wylaniem dziecka z
kąpielą” i które przyniosły by ulgę w strachu.
Ponadto mam wrażenie, że Polska jest zapatrzona w Amerykę,
a nie w kraje Unii i czerpie inspiracje do walki z kryzysem z zamorskiego Imperium,
a nie od sąsiadów. Nasi eksperci rynku pracy już teraz biją na alarm, że
po fali zwolnień osób na śmieciówkach, pracodawcy będą się domagać zmian w
Prawie Pracy i bardziej elastycznego podejścia do zatrudniania etatowców.
Można oczywiście powiedzieć – i słyszę wiele takich głosów –
że państwo powinno, zamiast zamykać gospodarkę dać jej działać ma jałowym biegu,
a w momencie rozruchu wsypać jak najwięcej pieniędzy firmom, żeby mogły
zapewnić sobie szybki restart.
Tylko czy istotnie powinniśmy wsypać miliardy w ratowanie
firm, które nie wykorzystały kilku ostatnich lat prosperity do budowania
zapasów na gorsze czasy. Skoro gospodarka pędziła, wszystko rosło jak na drożdżach,
to dlaczego wówczas pracodawcy nie budowali sobie poduszek na czas gorszych dni.
Czy prowadzenie biznesu to jest tylko drogą ciągłego wzrostu? Firma
działa do pierwszego problemu? Zwalnia, bo w ciągu miesiąca nie ma widoku na zyski?
Dlaczego mamy – z pieniędzy podatników – wspierać przedsiębiorców,
którzy traktują ludzi jak stare meble, wyrzucając ich na samą pogłoskę, o nadciągającej
katastrofie? Czy naprawdę tak wielu właścicieli lub dyrektorów zarządzających
uważa, że ich biznesy mogą się obyć bez pracy oddanych, zaangażowanych
pracowników, którzy budują spółki każdego dnia?
Czy do ratowania
przedsiębiorstw nie powinni najpierw przystąpić akcjonariusze i udziałowcy,
którzy czerpali korzyści z zysków? Może warto użyć zgromadzonego majątku w
walce o przetrwanie na rynku, a nie tylko wystawiać ręce po publiczne pieniądze, Wreszcie, skoro tak często mówimy o sprawiedliwości, warto byłoby wspierać
tylko tych, którzy w chwili próby wzięli problem na klatę i nie zwolnili
załogi?
Wiem, że nie są to łatwe pytania i trudno udzielić na nie
pochopnych odpowiedzi. Z pewnością na pomoc państwa powinny móc liczyć
tylko te spółki, które płaciły lokalne podatki, a nie uciekinierzy z rajów
podatkowych…
Komentarze
Prześlij komentarz