Bo Chiny


Po kryzysie lat 2008-9 w Europie można było zaobserwować ciekawe zjawisko. Wraz ze spadkiem koniunktury, recesją i znaczną obniżką wartości spółek – nie tylko giełdowych – na Stary Kontynent napłynęła fala chińskich pieniędzy. Jej celem było przejęcie udziałów w osłabionych kryzysem przedsiębiorstwach czy projektach infrastrukturalnych.

Na początku Chińczycy skupili się na państwach, które najmocniej odczuły recesję i nie mogły się wyplątać ze spirali długów, a więc Grecji, Hiszpanii czy Portugalii. Walka o przywrócenie stabilności fiskalnej kulejących gospodarek, która zajęła Europejczyków, została wykorzystana przez chińskie spółki do poszerzenia swojej obecności. Warto w tymi miejscu zwrócić uwagę, że jeszcze przed kryzysem 2008-9, wysokość chińskich inwestycji oscylowała poniżej miliarda euro rocznie, z czego niemal połowa była przeznaczana na budowę przedsięwzięć od podstawa (tzw. greenfield).

W kryzysowym okresie - 2009-2010 - Chińczycy wpompowali w Europę po 2 miliardy euro rocznie. Wraz ze wzrostem inwestycji, spadał udział greenfieldów. W kolejnych latach pieniądze zaczęły płynąć szerokim strumieniem: 2011 – 7,9 mld, 2012 – 10,2 mld, 2013 – 6,7 mld, 2014 – 14,7 mld, 2015 – 20,7 mld. Otrzeźwienie przyszło dopiero po rekordowym roku 2016, w trakcie którego Państwo Środka – za pośrednictwem swoich spółek i funduszy – wydało na zakupy europejskich spółek ponad 35 miliardów euro.

Z głośniejszych transakcji warto wspomnieć, że w 2016 roku Chińczycy pozyskali udziały w oponiarskiej firmie Pirelli (26%) czy szwajcarskiej spółce paliwowej Addax Petroleum (100%). Sporo inwestycji objęło też sektor energetyczny (energia odnawialna EEW) i przemysłowy (niemiecki producent robotów przemysłowych Kuka).

Znaczne środki finansowe poszły na europejską infrastrukturę. Obracająca państwowymi pieniędzmi spółka Cosco (China Ocean Shipping Company) nabyła pełną kontrolę nad portem w Pireusie (Grecja – jednym z najważniejszych w basenie Morza Śródziemnego), a także: 20% udziałów w Antwerpii, 35% w Rotterdamie, 40% w Bilbao, 51% w Walencji i 85% w Brugii. W sumie Chińczycy wydali na dostęp do europejskich portów ponad pół miliarda euro.

Po roku 2016 w Europie zapaliło się ostrzegawcze światełko. Nagle się okazało, że nie każda inwestycja i pieniądze są mile widziane. Od tego czasu napływ chińskich pieniędzy zaczął spadać: 2017 – 29,2 mld, 2018 – 17,4 mld, a w zeszłym roku już tylko 11,7 miliarda euro. Mimo to Chińczykom udało się nabyć mniejszościowe udziały w Dailmlerze (2018), Deutsche Banku (2017) czy Boschu (2016).

Strona chińska twierdzi z jednej strony, że ograniczenia w dostępie ich spółek i funduszy w inwestowaniu w Europie było nieracjonalne i zaprzeczało regułom wolnego rynku. Z drugiej spadek finansowania przedsięwzięć na Starym Kontynencie po 2016 roku tłumaczono kłopotami spółek inwestujących, które nadmiernie się zadłużały, aby pozyskać jak najwięcej udziałów, co skończyło się dla wielu kłopotami finansowymi i koniecznością wewnątrz chińskiej konsolidacji.

Tak więc zmniejszone zainteresowanie europejskim rynkiem nie wynika z tego, że Unia Europejska podniosła alarm i zaczęła bacznie przyglądać się każdej większej (ale też średniej) transakcji, ale z powodów wewnętrznych kłopotów inwestujących, zbytniej różnicy kulturowej czy wreszcie – koronawirusa.

I tu właśnie dochodzimy do sedna sprawy.

W porównaniu z tym co się dzieje w Stanach Zjednoczonych i niektórych krajach europejskich, przebieg epidemii w Chinach można uznać za „łagodny”. Chińskie spółki już się otrząsnęły z kwarantanny. Produkcję i świadczenie usług – wznowiono.

Tymczasem Stary Kontynent kroczy mocnym krokiem w kierunku recesji, a rynki giełdowe – a co za tym idzie, wyceny spółek – mocno spadły. Dla kogoś, kto dysponuje niemal nielimitowanymi środkami, a także realizuje wizję „Made in China 2025”, która ma doprowadzić do światowej dominacji firm z Kraju Środka, pod względem produkcji i technologii, nadarza się nie lada okazja.

Przy niekorzystnej – z punktu widzenia Europejczyków – wycenie rodzimych walorów, pojawiają się już głosy jak choćby szefowej UE ds. konkurencji Margrethe Vestager, że państwa Wspólnoty powinny przemyśleć strategię skupowania akcji kluczowych przedsiębiorstw, aby zapobiec wrogim przejęciom. Zresztą Unia Europejska nie jest odosobniona w swoich obawach. Podobne przygotowania są robione w dużo bliżej leżących – względem Chin – Indiach i Australii.

Nie można przecież zakładać, że przy obecnej sytuacji na rynkach giełdowych i ogólnym zamieszaniu związanemu pandemią, nie pojawi się pokusa do przejęcia przecenionych spółek. I to nie tylko z sektorów energetyki i produkcji, ale z branży telekomunikacyjnej (w perspektywie 5G) czy informatycznej (sztuczna inteligencja i BigData).

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook