Dochód podstawowy lekarstwem na dobrobyt?

Podejrzewam, że w ferworze walki z koronawirusem i natłoku wiadomości o wyborach, wiele osób nie zauważyło, iż w zeszłym tygodniu Finlandia podsumowała swój dwuletni „eksperyment” z dochodem podstawowym.

Napisałem o badaniu w cudzysłowie, bo – niestety – daleko było fińskiemu testowi do prawdziwego BDP, który przypomnę krótko: ma być bezwarunkowy - czyli nie ma żadnych przeszkód, aby każdy w nim uczestniczył, niezależnie od statusu materialnego, miejsca zamieszkania czy posiadania (lub nie) pracy. Świadczenie powinno być wypłacane na tyle długo, aby można było zaobserwować zmianę zachowań i każdemu w równej kwocie, która pozwala na minimum utrzyma bez konieczności podejmowania pracy zarobkowej.

Pod tym względem fińska próba nie jest niczym nadzwyczajnym, zaledwie kolejnym eksperymentem z BDP, których już wcześniej było bez liku, a z których żaden – może poza wyjątkiem testu z kanadyjskiego Dauphin z lat siedemdziesiątych czy testów w kilku holenderskich miastach – nie spełniał podstawowych kryteriów bezwarunkowego dochodu podstawowego.

Początkowo fińskie władze szumnie zapowiadały szeroki program, obejmujący dużą cześć społeczeństwa, długi okres wypłacania świadczenia i w kwocie, która miała zabezpieczyć utrzymanie. Z powodu dużej presji polityków, skończyło się skromnie: dwa lata, 2000 losowo wybranych bezrobotnych i 560 euro miesięcznie na rękę, które nie były wycofywane gdy uczestnik programu znalazł zatrudnieni. Jedyną zaletą fińskiego eksperymentu było stworzenie grupy kontrolnej, która była badana na równi z beneficjentami „BDP”.

Wyniki eksperymentu zostały opublikowane w zeszłym tygodniu i są – jak to już bywa – niejednoznaczne. Prowadzący badanie utrzymują, że nie zostało spełnione podstawowe założenie: dodatkowe stałe środki nie zaktywizowały beneficjentów do szukania zatrudnienia. W pierwszym roku tylko 18% badanych znalazło pracę – porównywalnie z grupą docelową, w drugim – 27%, co tylko nieznacznie przewyższało poziom w gronie alternatywnym. Warto jednak zwrócić uwagę, że część osób, które znalazły pracę deklarowały, że mogły skorzystać oferty zatrudnienia tylko z powodu otrzymywania stałego dodatku. Inni z kolei twierdzili, że dzięki „BDP” nie musieli przyjmować upokarzających warunków pracy, tylko po to, żeby nie przymierać głodem.

Abstrahując od faktu, że prawdziwy dochód podstawowy nie jest przeznaczony do podnoszenia aktywności zawodowej, badaczom udało się uchwycić inną zaletę programu. Uczestnicy eksperymentu zwracali uwagę, że regularnie wypłacane świadczenia dawały im lepsze samopoczucie, pewność siebie i zadowolenie z życia. Jeszcze do tego tematu wrócę.

BDP jest konstruktem teoretycznym, który na dobrą sprawę – co pisałem wyżej – nigdy nie został w pełni przebadany. Prowadzonym eksperymentom brakowało czasu, pieniędzy i zaangażowania wszystkich członków danej społeczności (tak jak w wyjątkowym Dauphin). W swoim idealnym kształcie BDP jest koncepcją przyszłości, w której wraz z rosnącą automatyzacją miejsc pracy, spada zapotrzebowanie i jakość oferowanego zatrudnienia.

Już teraz w rozwiniętych i rozwijających się gospodarkach coraz więcej ludzi pozostaje poza rynkiem pracy. Formalne bezrobocie jest zazwyczaj niskie, ale odsetek ludzi nieaktywnych zawodowo ciągle rośnie. Dlatego w ciągu ostatnich lat zagadnienie BDP odżyło, ale jednak jako element wizji społeczeństwa przyszłości.

Do tego dołożyło się nadejścia koronawirusa…

Posadzenie setek milionów ludzi w domach i odcięcie ich od pracy spowodowało, że propozycje BDP czy pokrewnego GMŻ (gwarantowanego minimum życiowego) zaczęły pojawiać się w wypowiedziach mainstreamowych polityków i w debacie publicznej. Wiele krajów zdecydowało się na wypłacenie świadczeń zbliżonych w konstrukcji do wspomnianego przed chwilą GMŻ, ale w ograniczonej skali i wybranej grupie ludzi. Niektóre państwa jak Hiszpania czy Szkocja myślą o wprowadzeniu podobnych rozwiązań na stałe. Na początek dla osób najbiedniejszych.

Koronawirus spowodował u wielu mieszkańców świata zachodniego przewartościowanie pojęć i zmianę optyki. Coraz więcej polityków, podpierając się badaniami opinii publicznej głosi potrzebę alternatywnego oceniania stanu gospodarki. Czynniki czysto ekonomiczne, jak choćby słynna dynamika PKB, powinny być – ich zdaniem – zastąpione stanem samopoczucia i zdrowia obywateli.

W badaniach przeprowadzonych przez organizację YouGov w Wielkiej Brytanii – jak donosi Fiona Harvey na łamach The Guardian – ponad 80% respondentów opowiedziało się, że dla rządzących najważniejszym kryterium powinno być samopoczucie i satysfakcja obywateli.

60% pytanych twierdziło, że administracja musi przedkładać zdrowie obywateli ponad mierniki ekonomiczne. Nawet po ustąpieniu pandemii.

Duża grupa parlamentarzystów oraz ekonomiści nawołuje rząd, a także Narodowe Biur Statystyczne, do zmiany sposobu postrzegania rozwoju gospodarki i poszerzenia obserwowanych wskaźników o dobrobyt (ang. wellbeing) społeczeństwa.

Powody takiego działania są dwa.

Pierwszym wynika z obawy, że wraz z wygaśnięciem pandemii zwiększy się presja na nadgonienie utraconego czasu i korzyści. Może to prowadzić do większego uelastycznienia warunków pracy, co do tej pory skutkowało zubożeniem społeczeństwa.

Drugim ważnym aspektem jest ochrona środowiska. Istnieje namacalna obawa, że przy przywracaniu „normalności” może dojść do próby pójścia na skróty, czyli przyspieszenia działań, które mogą prowadzić do dewastacji ekosystemów.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook